Artykuły i komentarze PDF Drukuj Email

 

Muzyka niezła, skoczna. Wokal? Obłędny. Gruby, niski głos, maksymalnie zachrypnięty. Tylko, że dykcja nie istniała. Z początku nie mogłam zrozumieć ani słowa. Podobnie śpiewały kiedyś angielskie zespoły punkowe. Bełkotały w kółko jakieś dwa słowa...

Katarzyna Surmiak-Domańska; Magazyn Gazety Wyborczej (24.01.2002)

*   *   *

Robią spontanicznego rocka. Takiego na żywioł. Dynamicznego, ostrego, na granicy psychodelii. Ostry śmiech, śmiałe solówki gitar i rytm: gwałtowny, wariacki, mocny. Bez litości. (...) Nie muszą ścigać się, być lepsi, na pokaz. Nie stresują się, by grać równo, trzymać się w tonacji, prawidłowo artykułować dźwięk. Oni nie muszą. Taki mają styl. Grają, bo chcą. I kiedy chcą. (...) Grają ostro, punkowo, dziko. I jest w nich jednocześnie coś łagodnego. Jakaś irracjonalna ironia, dystans, śmiech.

Gabriela Ciżmowska; Tygodnik Pilski (18.12.2001)

*   *   *

Szczery, serdeczny - z serca - głos ludzi, którym zazwyczaj głosu się nie udziela. A tu śpiewają, bez kompleksów, bez odwoływania się do naszej litości - budząc w nas radość swoją pasją.

Ewa Wójciak (dyrektor artystyczny Teatru Ósmego Dnia w Poznaniu)

*   *   *

Chłopaki z Rzadkowa nie grają doskonale, mylą się. I paradoksalnie - to ich zaleta. Pokazują, że człowiek ma prawo do błędu i może by ć średniakiem. W lansowanym dziś modelu kultury brakuje miejsca dla tych, którzy nie są najlepsi, nie tryskają zdrowiem, nie są piękni, młodzi, nie odnoszą sukcesów. (...) Muzyka Na Górze to (...) krzyk tych, którzy dziś nie mają głosu, krzyk dający otuchę, a nie rozpacz. (...) To prawdziwy underground.

Robert Friedrich (lider zespołu Arka Noego i 2TM2,3); fragment artykułu Jacka Krzemińskiego z Magazynu Rzeczpospolitej (19.10.2001)

*   *   *

1. przesłuchanie płyty - "Co to jest?";

2. przesłuchanie płyty - "Litzę popier...?!"
3. przesłuchanie płyty - "Córa tańczy, żona nuci"
4. przesłuchanie płyty - "Może być"
5. przesłuchanie - "Gratuluję dobrej płyty"

Ronin (przesłane esemesem)

*   *   *

Moja córka (6 lat) na okrągło słucha waszej płyty!

Mojej mamie (67) i ojczymowi (70 lat) też się podobacie...

O co w tym wszystkim chodzi?

Magda (SMS)

*   *   *


"Na Górze"? Pozazdrościć takiej pogody ducha i radości życia!

Wojtek Waglewski (lider grupy Voo Voo)

*   *   *

Wychowałam się na muzyce klasycznej. Wobec tego rock jest dla mnie muzyką prymitywną. Ale dzięki tej redukcji, niepełnosprawni członkowie zespołu Na Górze mogą znaleźć się w jasnych regułach. Takie uproszczenie daje im swobodę twórczą, pozwala na naturalną ekspresję. I dlatego rock grany przez tę grupę jest niezwykle bogaty.

doc. PhDr Jana Pilatova (Prowadzi kierunek "Integracni Program" na Akademii Teatralnej w Pradze)

*   *   *

Wszystko byłoby dobrze, proszę księdza, gdyby oni byli trzeźwi!

(pewna pani po naszym koncercie na festynie parafialnym w Chodzieży - 3.05.2001)

*   *   *


Płyta Re Generacja urzeka pewną naiwnością, jak malarstwo Nikifora.

SDR; Głos Wielkopolski (20.09.2002)

*   *   *

Orkiestra na Górze znowu zagra na skłocie Rozbrat w Poznaniu. To świetna kapela, mam tylko kłopot do jakiego nurtu muzyki ją zaliczyć. Poniekąd mieści się w folku, w rocku, reggae, ale i do ska im niedaleko. (…)

Muzycy są gwałtowni i momentami nieprzewidywalni. Nie robią nic pod przymusem, na pokaz, grają i śpiewają, bo tak im się podoba, taki wybrali styl życia. W ich grze jest miejsce na „dzikość” i łagodność. Potrafią zakpić i zaśmiać się sami z siebie. Na najnowszej płycie, która urzeka spontanicznością i szczerością, podobają mi się teksty: proste, zarazem ostre, poruszające najbardziej skrywane tematy ludzkiej egzystencji. To nie są teksty napisane przez kogoś, dla kogoś. One są ich własne, zespołu, w którym spotykają się dwa światy. Płyta nie oddaje jednak charakteru zespołu do końca. Najbardziej autentyczny jest on na estradzie.

SDR, Głos Wielkopolski (27.03.2004)

*   *   *

Poznański skłot nieczęsto przyciąga ludzi całkowicie spoza środowiska. Tymczasem jest to miejsce, w którym koncerty zyskuja inny wymiar. Na Rozbracie, bedącym domem, knajpą, biblioteką, scena wreszcie, wytwarza się atmosfera wspólnoty. Bariera między słuchaczem a występującym jest nikła.

Na koncert Orkiestry Na Górze przybyło sporo słuchaczy. Prócz tych, którzy widzieli już koncerty tego zespołu, byli również ci, którzy o nim tylko słyszeli. A wieści o grupie rozchodzą się szybko i spontaniczie. Dokładnie tak, jak ich grana na żywo muzyka.

W przypadku Na Górze, upośledzenie niektórych muzyków, jest jednaz cech grających. Inne, znacznie silniej uderzające widza, to szczerość przekazu i prawdziwa radość grania. To zespół, którego występy zaczynają się w punkcie kulminacyjnym i trwają w nim do samego końca. Najprostsze ska, reggae, punk, równie nieskomplikowane teksty w mig trafiają do słuchacza. Podczas koncertu na skłocie Rozbrat w Poznaniu panowała atmosfera spontanicznej zabawy. (...) Równie spontanicznej, jak dźwięki Na Górze. Pozwalającej na to, co zespół pokazuje wszędzie - szczery kontakt między ludźmi, z których każdy jest inny.

Agnieszka Gulczyńska; Głos Wielkopolski (8.04.2004)

*   *   *

Muzyka, jaka gra Na Górze nie daje się zbyt łatwo zaszufladkować. Jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna… W utworach słychać zarówno reggae, ska, punk, jak i rocka, ale jest tam coś  jeszcze… Może „tym czymś” jest pasja i zaangażowanie, jaki wkładane jest, aby muzyka powstawała?

Vanda – Union Jack; Fuckt (marzec 2004)

*   *   *

Płytę oraz kasetę posłuchałem i ...odpadłem. Moim absolutnym faworytem jest "Zobacz siebie"- utwór o mocy "Smells Like Teen Spirit" Nirvany. Po prostu piękny i genialnie zaśpiewany. Poza tym po pierwszym przesłuchaniu zapamietałem "Płacz i śmiech", "Co to jest", "Gdy ci smutno"... Naprawdę fajna sprawa ta Wasza kapela...

Misior (nadesłane mejlem)

*   *   *

Terapia zakończona

Oglądając znanych i popularnych artystów przede wszystkim rozliczamy ich za wykonaną robotę – śpiew, kontakt z publicznością czy kreację ogólną. To nie tylko normalna, ale przede wszystkim sprawiedliwa reakcja skłaniająca do dalszego słuchania, kupienia płyty lub przełączenia telewizora na inny kanał.

Zespół Na Górze ma prawdziwego pecha, ponieważ jest to zupełnie normalny zespół, który traktuje się inaczej... Wszystko za sprawą nietypowego składu, który tworzą po części osoby niepełnosprawne. Wystarczy o tym wspomnieć (a nie sposób tego pominąć, bo o skład i historię pyta każdy – zresztą to bardzo piękna historia) i zaczyna się pułapka psychologiczna z której trudno szukać wyjścia.

Nikt z grupy Na Górze, a przede wszystkim jej założyciele, nie oczekuje taryfy ulgowej. Świadomość takiej taryfy nie pomaga im w pracy, wręcz przeciwnie – przeszkadza. Trudno być rozliczanym za wykonaną na scenie robotę, jeśli z góry publiczność podchodzi do wykonawcy z litością i rozgrzeszeniem.

W Chodzieskim Domu Kultury zespół dał po prostu bardzo dobry koncert – nic dodać, nic ująć. Dobry z perspektywy normalnego występu, przed normalną publicznością, w normalnych warunkach, z normalnym nagłośnieniem.

Mówiąc o Na Górze często pada pytanie „dlaczego”. Wielu uważa, że jest to przede wszystkim forma terapii poprzez integrację, lekcję tolerancji i tak dalej, i tak dalej... Nieprawda. Na Górze jest wynikiem terapii zakończonej. Każdy kto widział ten zespół na początku drogi wie o co chodzi. A jeśli nie widział, wystarczy że teraz spojrzy... normalnie, uczciwie.

Damian Kędzierski (chodzieskie gazety regionalne)

*  *  *

Stań na chwilę

spójrz do góry,

leci ptak,

wiatr chmury gna,

a ty stój i patrz

(“stój i patrz”)

Kiedy ostatni raz zdarzyło Wam się usłyszeć taki tekst w piosence? Przywaleni tysiącami Treści i Przesłań, Podtekstów i Filozoficznych Pułapek, Odniesień i Przenośni, nauczeni zostaliśmy albo doszukiwać się wszędzie drugiego dna, węszyć podstęp ukryty w każdej zwrotce, albo odwrotnie – zamykać uszy Rozumu na wszechobecny Banał oparty na kiczowatym „ajlowju”.  W dokładnie taki sam sposób zresztą traktujemy warstwę muzyczną: albo oczekujemy kolejnego dziwactwa, które zaspokoi nasz muzyczny snobizm, albo przyzwyczajeni kanonadą komercyjnych mediów z góry nie zwracamy uwagi na dobiegające nas z głośników tibidibi.

Gdy ci smutno,

Gdy sił ci brak,

Podnieś głowę,

zaśpiewaj sobie tak:

la

(“gdy ci smutno”)

Grupa „Na Górze” nie do końca pasuje do współczesnych realiów. Szczerze mówiąc – ich muzyka zupełnie nie przystaje do serwowanych nam zewsząd fonograficznych aktualności. Zagrane przez nich dźwięki nie zostały przetrzepane przez żaden komputer, są szczere, wyrzucone prosto z palców, gardeł i brzuchów, czasem nierówne, czasem niewyraźne, czasem nieczysto wywrzeszczane. Docierają bezpośrednio do samego sedna prawdziwą emocją, w sposób przypominający trochę surowość „Frank’s wild years” Waits’a, a trochę spontaniczność Waglewskiego. Nie ma w tej muzyce miejsca na klinicznie sterylne brzmienia plastikowych wokalistów, ani idealnie wyprostowane sekcje rytmiczne. Nie ma elektronicznie wygenerowanych chórków, ani bajecznie przestrzennych syntetycznych smyczków. Są za to niewyraźnie śpiewane, proste linie melodyczne, równie prosto i chropowato zagrane gitary i perkusje, entuzjastycznie wykrzyczane, grupowe refreny i twarde, surowe zgranie, gwarantujące mniej więcej tę samą jakość na hi-endowej wieży, co i na garażowym kaseciaku. Cała ta anarchistyczna mieszanka łapie za serce od pierwszych taktów tym, co w muzyce od jej początków było najważniejsze – prostotą przekazu. Prostotą właśnie, a nie prostactwem, choć dla wielu różnica pomiędzy tymi dwoma pojęciami dawno przestała istnieć...

Kiedy idę do szkoły

Jestem czerwony.

Kiedy wracam do domu

Jestem zielony

A uczę się być żółty.

(“rre generacja”)

Mózg zespołu to Mariusz Nalepa (gitara elektr, flet, harmonijka), Wojciech Retz (gitara akust.) i Lo (gitara bas.) – kompozytorzy i twórcy tekstów. Sercem grupy są jednak mieszkańcy Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie: Robert Bartol (śpiew), Robert Królski (przeszkadzajki), Adam Kwiatkowski (śpiew), Robert Wasiak (perkusja) – oni właśnie powodują, iż wszystkie te kompozycje i teksty są żywe. Cała siódemka już kilka lat temu nagrała i wydała kasetę – demo pt. „Kolorowomowa” - paczkę muzycznego dynamitu, bez pretensji do świata i radiowych playlist, za to z wielką dawką świeżego spojrzenia na dźwięki. Projekt, który ma się nijak do Budki Suflera, Britney Spears i Trzech Tenorów, przez co może niechcący otworzyć dawno nie używane drzwi w zwojach odpowiedzialnych za wyobraźnię.

Tu jestem ja,

Tam jesteś ty

A dokoła jesteśmy my.

(“raam paam ”)

Dzisiaj „Na Górze” gra z Kultem i VooVoo, nagrywa w studiu. To, że udało im się trafić do tzw. „obiegu” potraktować można jako jeszcze jedną szansę daną nam wszystkim od Losu na odkrycie rzeczy ważniejszych od bankowego konta, inteligentniejszych od proszków do prania i piękniejszych od modelek z Laboratoire Garnier Paris. Dobrze by było szansy tej nie zaprzepaścić. Tym bardziej, że – jak uczy nas legenda o Królu Rybaku – rzeczy najważniejsze znajdują się w zasięgu naszych rąk i są zawstydzająco proste. Tak proste, że nie potrafimy ich zobaczyć w codziennej gonitwie za Sławą, Bogactwem i Afirmacją.

A czasem wystarczy na chwilę stanąć i popatrzeć do góry...

Piotr Klimek; Activist, Szczecin

*   *   *

A oto fragment najbardziej nawiedzonego artykułu – recenzji płyty Satysfakcja

Zespół Na Górze zawstydza znudzonych muzyków, którzy twierdzą, że wszystko już zagrali. Bo tu najprostsze dźwięki brzmią tak, jakby dziś zostały odkryte. Zespół zawstydza tekściarzy, którzy twierdzą, że wszystko już napisali. Bo tu najprostsze słowa są światłem. Zespół zawstydza też piszącą i wielu spośród tych, którzy czytają te słowa. My dostaliśmy więcej niż chłopaki z Rzadkowa. Tyle, że oni pomnażają swoje „mało”, a wielu z nas marnuje życie, nie widząc swojego „dużo” i narzekając, że nie ma „więcej”.

Jolanta Brózda; Gazeta Wyborcza (25.11.2003).

*   *   *

Pozytywna energia Na Górze

Zastanawiam się jak w krótkim tekście mam zamieścić wszystko to, co przychodzi mi na myśl, kiedy mówię o zespole Na Górze. W końcu stwierdzam, że jest to właściwie niemożliwe, a ci, którzy spotkali mnie na uczelni w zeszłym tygodniu przekonali się, że mogę o tym mówić bez końca ;) Zatem może spróbuję zrobić to „naukowo”: najpierw teoria, potem praktyka.

Fakty wydają się jasne, mamy do czynienia z zespołem muzycznym w którym występują osoby niepełnosprawne. Usłyszałam o nim jakiś czas temu, ale zawsze to były jakieś suche strzępki informacji, że taki projekt z niepełnosprawnymi umysłowo, że fajna sprawa funkcjonująca już od 13 lat, pomyślałam ot, fajna terapia i tyle. Na szczęście nie dało mi to spokoju, a zespół posiada własną stronę z wszelkimi niezbędnymi informacjami.

Zespół tworzą mieszkańcy Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie, mieszczącego się kilometr od samego Rzadkowa, kilkanaście kilometrów od najbliższego miasta, czyli krótko mówiąc w miejscu odciętym od świata i jakichkolwiek sposobów na zabicie nudy. Jak się okazuje, nuda czasem sama może przynieść całkiem fajne efekty. Mieszkańcy nie muzykują sami, razem z nimi w zespole grają „pełnoetatowi” muzycy: Maniek i Lo znani szerszej publiczności ze składu Strachów na Lachy. Tyle suchych faktów.

Praktyka jest za to o wiele ciekawsza i jakże bardziej przyjemna. Nie jest to chaotyczne bębnienie w cymbałki, trójkąty, tamburyna i inne świetlicowe akcesoria, to jest kawał porządnej muzyki, mieszanka rocka, reggae, pozytywnej energii i dobrej zabawy okraszonej prostymi, krótkimi, wpadającymi w ucho tekstami. Czasem cały tekst piosenki to tylko jedno zdanie, kilka słów, ale zawierających o wiele więcej niż by się mogło na pierwszy rzut oka/ucha wydawać. Zespół nie koncertuje bardzo często, dlatego gdy dowiedziałam się, że 5 listopada grają w Krakowie wiedziałam że tam będę. I byłam. I do tej pory siedzi we mnie ta pozytywna energia jaka została tam zaserwowana. Mały klub, mała scena, niewielka ilość ludzi na sali (choć zespół mówił że o wiele większa niż się spodziewali) i ogromna dawka energii, zabawy, radości z życia, pozytywnych wibracji na linii zespół-publika. Nie lubię tego sformułowania, ale naprawdę „tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć”.

Póki co, wszystkim serdecznie polecam zaznajomienie się z muzyką Na Górze. Są żywym dowodem na to, że nie ma barier nie do przejścia, pokazują jak można się cieszyć życiem, przypominają o banalnych wręcz sprawach, o których na co dzień często zapominamy, takich, jak na przykład uśmiech, albo że „Dziś jest dobry dzień”.

Orant; Ponad-to (gazeta Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Ślaskiego -

listopad 2006)

*    *    *

9 stycznia w Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie odbyła się uroczysta premiera nowej płyty zespołu Na górze. „Satysfakcja” – bo tak nazywa się nowy album grupy, to porcja dobrej muzyki - śmielszej, ciekawszej i różnorodniejszej w porównaniu do debiutanckiej „Re Generacji”.

Nowy pomysł na aranżacje, wykorzystanie fragmentów wypowiedzi mieszkańców DPS i wreszcie wartościowe teksty sprawiły, że nowej płyty „Na Górze” słucha się z prawdziwą „Satysfakcją”. Album stanowi dojrzałą i niezwykle wzruszającą opowieść o człowieku. Opowieść, która ociera się o kosmos, a jednocześnie o sprawy codziennie, w której smutek i radość przeplatają  się wzajemnie.

Słuchając utworu „Opowieść Pawła”, nie tylko rwiemy się do tańca – co jest przecież muzycznym sukcesem zespołu, ale przede wszystkim otrzymujemy sporą dawkę życiowej poezji. „Ja chciałbym być kiedyś ojcem i mieć dzieci. (…) będę się nimi opiekował, aż do mojej śmierci,(…) ale najpierw musze się uczyć, czytać i pisać.” – to autentyczna wypowiedź mieszkańca DPS. Zgrana na taśmę, na płycie uzupełniona została instrumentalną ścianą dźwięku. Utwór kończy wokaliza Roberta Bartola – muzyczny cytat z przeboju Rolling Stones „Satisfaction”. Tak samo autentyczna i pełna emocji jak w oryginale. Cóż można dodać? „Opowieść Pawła” to dla mnie kwintesencja płyty i największy popis zespołu, który znalazł nie tylko sposób na „zgranie się”, ale również w pełni czytelną formę artystycznej wypowiedzi.

Niesamowicie wręcz wypadają utwory „Dom”, „Tu”, Winda” czy „Jeśli” - w którym gościnie zaśpiewał Tomasz Budzyński z zespołu Armia: „Jeśli w twych oczach, jest jeszcze światło; jeśli w twym sercu jest jeszcze droga; to idź; nawet w ciemność”.

Damian Kędzierski; Głos Wielkopolski

*   *   *

Z zespołem NA GÓRZE pierwszy raz zetknąłem się przed mniej więcej dziesięciu laty. Muzycy byli wówczas  jeszcze zieloni w swoim fachu, co jednak nie raziło - ujmowali bowiem swoją spontanicznością, pasją grania. Jako fan muzyki jestem otwarty na różne jej rodzaje. Dla kogoś, kto wysłuchał wielu płyt i był na koncertach wielu gwiazd, było to lepsze od tego, co mieni się alternatywą, a równocześnie chce być lub już jest na każdej liście przebojów.

Później zespół widziałem i słyszałem jeszcze kilka razy, przy różnych okazjach, m.in. na koncercie promującym płytę „SATYSFAKCJA”. Słyszałem też o ich występach poza Chodzieżą ze znanymi, a nawet z uznanymi - grającymi ambitną muzykę – grupami, o wyjazdach zagranicznych.

Czas płynie bardzo szybko. W mieście pojawiły się plakaty: zespół NA GÓRZE obchodzi swoje dziesiąte urodziny z udziałem gwiazd...

Imprezę jubileuszową zaczął zespół Voo Voo. Taka grupa jako support, to ho ho! Na początek trzęsienie ziemi, a przecież napięcie ma rosnąć... Spokojnie. Ciąg dalszy nastąpi według tego scenariusza.

Mistrzowie muzyki uniwersalnej od początku nawiązali kontakt z publicznością. Pod sceną powstał ruch. Pogo momentami było obłędne, zgodnie ze słowami jednego z utworów Voo Voo: „Nie wiem co moje nogi robią na suficie”. Występ Voo Voo zakończyło kilka  bisów, które wymogła zadowolona publiczność.

Nadeszła pora na główną część urodzin. Zaczęło się to, na co miłośnicy muzyki naprawdę niekomercyjnej czekali. Z głośników popłynęła radosna i wolna muzyka. Pod  estradą  zrobiło się znowu tłoczno, a nawet tłoczniej niż na secie Voo Voo...

Zespół przez lata działalności dorobił się repertuaru i ma co grać. Koncert został dwa razy przerwany prezentacjami video. W trakcie pierwszej można było

zobaczyć jak rozwijały się umiejętności zespołu od pierwszych prób grania utworu „Hej  Heja” do wersji zarejestrowanych w 2004 roku. W tej samej formie swoje życzenia dla zespołu przekazali muzycy, którzy nie mogli być w tym dniu w Chodzieży: Tomasz Budzyński, Kasia  Nosowska.

Inni zaproszeni goście, obecni duszą i ciałem, wsparli zespół w niektórych utworach. Na scenie pojawił się Zbigniew Zamachowski, który wykonał razem muzykami NA GÓRZE utwór  „Otwórz się”, wcześniej zrealizowany z nimi studyjnie. Można było także zobaczyć i usłyszeć znanych rockmanów: Krzysztofa Grabaża Grabowskiego i Roberta Licę Friedricha. Pierwszy z wymienionych wykonał z zespołem ładną wersję utworu Iggy Popa „Passenger” z polskim, czytelnym tekstem. Ci dwaj muzycy pojawiali się na scenie jeszcze parę razy towarzysząc zespołowi.

W ramach swojego występu i bisów NA GORZE przedstawiło kilka utworów z repertuaru innych grup – i to jak wykonanych! - np. ”Satisfaction” z polskimi słowami ograniczonymi jednak do minimum: „Jestem przygnębiony. Chcę satysfakcji. Jestem pogryzionyyy! Chcę satyssfakcjiii !!!” Kiedy dołoży się do tej interpretacji tekstu niesamowite głosy nadwornych wokalistów zespołu, a może naczelnych wokalistów kraju: Roberta Bartola i Adama Kwiatkowskiego... Wersja Jaggera z Rolling Stones to małe piwo.

Koncert zakończył się (wielka szkoda) po północy, ale nie był to koniec fety. Kto chciał mógł dalej bawić się przy muzyce mechanicznej w klubie.

Dla mnie był to jeden z dwóch najlepszych koncertów jakie widziałem w życiu... Ten drugi to występ Manhattan Transfer oglądany 30 lat temu. Obydwa te widowiska przyćmiewają w pamięci wiele głośnych rockowych koncertów, w których miałem okazję uczestniczyć.

Występ NA GÓRZE trudno będzie przebić jakiemuś wykonawcy, nawet z najwyższej półki. Chyba żeby to była supergrupa marzeń: Hendrix, Bonham, Jacko Pastorius. To trio być może gra, ale już w innym świecie i dla innej publiczności... Natomiast ci chłopcy, a właściwie dojrzali już w tej chwili ludzie, grają dla nas tutaj i teraz. Oby robili to jak najdłużej.

Oglądając i słuchając ich występu, odczuwa się nie tylko SATYSFAKCJĘ z muzyki, ale i zadowolenie z przemiany jaką w nich ta muzyka wywołała.

Co ciekawe, przemiana zachodzi także w słuchaczu...

Mówią, że kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. W zespole NA GÓRZE są ratujący i uratowani. Dzięki temu zespołowi... jest nas więcej, a ten - mimo wszystko - najlepszy ze światów, staje się jeszcze lepszy. Oby nie tylko w ten jeden grudniowy wieczór.

Ignacy Wałkowski (tekst „samoistny”)

Dopisek od zespołu Na Górze:

Jak widać w przeczytanym właśnie tekście (za który przy okazji bardzo Autorowi dziękujemy - znając jego dużą orientację i „wybredność” muzyczną), nasze niewyraźne śpiewanie okazuje się inspirujące dla publiczności… To świetnie! Już nie raz byliśmy pod wrażeniem różnorodnych wersji naszych tekstów...

Dla porównania - nasza wersja Satysfakcji:

Jestem cały pogrążony...

W satysfakcji.

Jestem cały pogryziony...

Satysfakcją.

*   *   *

Satysfakcja – taki tytuł ma najnowsza płyta zespołu Na Górze. Nie ma drugiego zespołu, który by tak szczerze, zadziwiająco prosto i bezpośrednio śpiewał o życiu i świecie. Jego członkowie mieszkają w domu położonym na wzgórzu i tam tworzą swoją muzykę.(...)

Kiedy słucha się historii zespołu Na Górze, w każdym budzi się wiara i nadzieja. Nabiera się dystansu do swoich problemów i narzekań. Narzekamy, bo nie umiemy przyjąć życia, jakie nam zostało dane i nie wiele potrafimy w nim zmienić. A dzisiejszy świat stara się jak może wmówić nam, że nic nie ma sensu. To, co stało się w domu w Rzadkowie, i co trwa tam codziennie, jest jedną z rzeczy, które sprawiają, że życie ma sens i można się nim cieszyć.(...)

Trudno jest mi pisać o płycie, która wzbudza tak wiele uczuć i emocji. Mogę opisać muzykę, która oddaliła się trochę od punk rocka, zbliżając się do rytmicznego i wesołego ska, o brzmieniu, które wzbogaciło się o instrumenty klawiszowe i o zaangażowaniu wokalistów, którzy śpiewają coraz lepiej. Ale czy da się opisać piosenkę „Opowieść Pawła”, przy której po prostu płakałam i to nie dlatego, że jest smutna? Wcale nie jest smutna, jest aż tak pełna nadziei i radości ze zwykłych rzeczy! To płyta dla każdego, kto zapomniał, że życie składa się z prostych wydarzeń, a każde wydarzenie jest darem największym, jakie można otrzymać. Każdy dzień jest cudem.

Natalia Budzyńska; Przewodnik Katolicki (1.02.2004)

*   *   *

Najprościej byłoby napisać, że był to koncert niezwykły. Inny. Tak może byłoby najłatwiej i – co również ważne – poprawnie politycznie – ale byłoby to kłamstwem. Tak naprawdę był to zwyczajny koncert ze zwyczajną, żywiołowo reagującą publicznością i z normalnym zespołem. Zespołem, który ma problemy z psującym się wzmacniaczem, selektywnym nagłośnieniem, który wcześniej musi się nastroić – przyznacie, że nie ma w tym nic niezwykłego. Chociaż nie... Tak... Był jeden niecodzienny akcent – w czasie występu jeden z gitarzystów przyznał, że tydzień wcześniej grali koncert w szkole policyjnej. To nieczęsto się zdarza. W każdym bądź razie nieczęsto się zdarza zespołom, które występują na poznańskim skłocie Rozbrat.

Orkiestra „Na Górze”, bo o nich tu mowa, grała na Rozbracie 27 kwietnia. Zespół występował już w tym miejscu drugi raz, pierwszy koncert grając w 1999 roku. Tak się składa, że byłem na obu koncertach. Na obu było podobnie.

Po pierwsze bezpretensjonalność. Chłopaki nie mają umiejętności King Crimson, bo też nie o to w ich muzyce chodzi. W ich mieszance reggae, ska i rocka liczą się przede wszystkim emocje i tym kupują publiczność. To niewiele dziś znaczy, ale jeśli słowo szczerość  ma jeszcze jakąś wartość, to właśnie w kontekście ich twórczości. Tak musiał wyglądać punk w 1976 roku. Właśnie szczerze i bezkompromisowo. Bez patrzenia na umiejętność gry na instrumentach i fajerwerki techniczne.

Słowo punk tym bardziej jest na miejscu, że jeśli myślicie, że „Na Górze” to grzeczny zespół upośledzonych umysłowo, którzy swoją postawą będą wam udowadniać jak bardzo są „okej”, to grubo się mylicie.

Po drugie publiczność. Chłopaki wychodzą na scenę i ja nie wiem jak to robią, ale już mniej więcej w połowie pierwszego kawałka, pół sali jest ich. Drugie pół (do których ja się, niestety, zaliczam) pewnie nigdy nie tańczy, więc się nie liczy.  Tak było również w ten zimny wiosenny wieczór (w Polsce to nie jest oksymoron) na skłocie, w czasie którego zespół zaprezentował po części znane utwory z pierwszej kasety Kolorowomowa, jak i z ostatniej płyty Re Generacja. Grali prawie dwie godziny, wykonując swoje wszystkie, wybłagane przez publiczność, hity, zręcznie wplatając kowery (np. „Runął już ostatni mur” Tilt-u). Dramaturgię koncertu takim sceptykom jak ja psuły trochę problemy z wzmacniaczem i będąca następstwem powyższego przerwa, ale poza mną  - jak się wydaje - nikomu to nie przeszkadzało.

Łukasz Cholewicki; pion.pl (2.07.2004)

*   *   *

Lubię zachrypnięty głos Roberta Bartola i Adama Kwiatkowskiego z zespołu Na Górze i nie przeszkadza mi, że dykcja zawodzi, że słowa zamieniają się w bełkot, bo ten jest autentyczny, prawdziwy do bólu. Trzeba włożyć trochę wysiłku, by usłyszeć takie zdania: „Zbudowałem dom z niepewności, zbudowałem dom z pytań, zbudowałem dom z samotności, zbudowałem dom z oczekiwań”. Lubię też muzykę grupy, ponieważ za każdym razem współgra ona klimatem, rytmem, melodią z tekstem. Kompozycje zespołu uwodzą różnorodnością: raz przypominają rozkołysane reggae, innym razem punk rockowy czad, by w następnym numerze przenieść odbiorcę w krainę folkowej szczęśliwości.

SDR; Głos Wielkopolski (26.03.2004)

*   *   *

(…) Nie można nie wspomnieć o wsparciu przez członków zespołu Na Górze idei Marszu Równości, demonstracji przeciw dyskryminacji ze względu na płeć, rasę, wyznanie, ubóstwo, niepełnosprawność i orientację seksualną, która 18 listopada 2006 przeszła przez Poznań. Po Marszu, na skłocie Rozbrat odbył się benefitowy koncert zespołu Na Górze pt. „Marsz Równości idzie dalej!”.

„My lubimy grać na tym płocie, wiesz…” – mówił przed koncertem Adam Kwiatkowski, wokalista kapeli.

Marcin Halicki, WóTeZet (grudzień 2006)

*   *   *

Hołdujesz hasłom humanitaryzmu?

Ha, ha... Ładne pytanie... Trzy „h” ! Uważam, że życie należy wykorzystywać sensownie. I wcale nie chodzi o hasła humanitaryzmu, litowania się nad biednymi, upośledzonymi, poświęcania się w pracy ze słabszymi... Bardzo często ci upośledzeni są silniejsi, zdrowsi i normalniejsi od nas - uznających się za takich, do których wszyscy inni muszą się dopasować. A już na pewno są bardziej od nas szczerzy. Niczego nie udają, nie obgadują nas za naszymi plecami. Wydaje mi się, że w życiu chodzi o robienie czegoś, co jest ważne, co przynosi nam taką prostą radochę! A tym dla mnie w tej chwili jest muzyka i... jeszcze kilka innych rzeczy.

Jak długo zajmujesz się osobami z niepełnosprawnością intelektualną?

Pracuję z nimi już kilkanaście lat i jak na mnie to bardzo długo, bo wcześniej dość często zmieniałem pracę. Męczy mnie każde zajęcie, które mnie nie rozwija. Tymczasem ta praca sprawia, że rozwijam się nieustannie. Dlatego chętnie w Rzadkowie przebywam i każdemu życzę takiej pracy. Jest ona najbliższa mojemu pomysłowi na życie.

Będąc u was zauważyłem, że mieszkańcy Domu mają bardzo dobre warunki. Niektórzy ludzie żyjący „normalnie”, w społeczeństwie niejednokrotnie nie mają takich mieszkań! Ale równocześnie zauważyłem, że są w nich sami, bo wasz Dom Pomocy Społecznej położony jest z daleka od miast, a nawet od najbliższych gospodarstw we wsi Rzadkowo...

I dlatego właśnie chce nam się robić różne rzeczy, aby tę izolację przełamać. Dlatego gramy koncerty, prezentujemy spektakle, zapraszamy młodzież na przez nas samych wymyślane święta... Izolacja tak zwanych „nienormalnych”, choćby stwarzać im jak najlepsze warunki socjalno-bytowe, zawsze będzie nienormalna. Każdy normalny człowiek musi borykać się z codziennością, musi sam robić różne rzeczy, sam podejmować decyzje, wykonywać zadania. Dlatego m.in. Adam Kwiatkowski, nasz wokalista i Robert Wasiak, perkusista, oprócz tego, że grają w zespole Na Górze, pracują też w kuchni naszego Domu. I nieraz trudno ich ściągnąć stamtąd na próbę, bo traktują to równie poważnie jak muzykę! No i na tym właśnie polega życie...

(fragment wywiadu z Wojciechem Retz, przeprowadzonego przez Damiana Kędzierskiego dla Gazety Poznańskiej)

*   *   *

Artykuły na nasz temat były publikowane m.in. w czasopismach: Ptaszek, Fuckt, Aktivist, Lampa, Ha!art, Ponad-to, The Warsaw Voice, Głos Wielkopolski, Bardziej Kochani, Integracja, Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita, Metropol, Newsweek, Życie, Przewodnik Katolicki, Ruah…

Niżej możecie w całości przeczytać te spośród nich, które podobają nam się najbardziej.

Bliski jest nam reportaż Jacka Krzemińskiego, który ukazał się w Magazynie Rzeczpospolitej 19 października 2001 r. (choć od tego niektóre informacje już się zdezaktualizowały, to jednak, w porównaniu z wieloma ekspresowo udzielanymi wywiadami – niektórymi przez telefon! - jest w tym tekście najwięcej prawdy – Jacek, aby go napisać mieszkał w naszym Domu przez cztery dni...) Przekazujemy więc go Wam prawie w całości.

Krzyk otuchy

Są zwykłymi pensjonariuszami Domu Pomocy Społecznej dla upośledzonych umysłowo, zaszytego na peryferiach Wielkopolski. Dotąd grali dla przyjaciół. Teraz wydają rewelacyjną płytę, nagrywają teledyski, szykują się do trasy koncertowej. (...)

Mówi Wojtek Retz, twórca zespołu Na Górze: - Gdy jeździłem na tak zwane imprezy integracyjne, zrodził się we mnie bunt. Bo cokolwiek by niepełnosprawni pokazali, czy to było dobre czy złe, widzowie bili brawo - z litości. Postanowiłem więc zrobić z chłopakami coś takiego, by ludzie klaskali, bo im się podoba.

Robert Friedrich, lider Arki Noego (największej w Polsce gwiazdy muzyki dziecięcej ostatnich lat), który zdecydował się pomóc zespołowi Na Górze: - To, co oni grają jest dla mnie dużo głębsze i więcej warte od tego, co robią gwiazdy lansowane przez wielkie koncerny płytowe. Dla nich muzyka jest wyłącznie towarem do sprzedania. Na Górze to coś więcej niż towar. To prawdziwy underground.

Dałem czadu?

Do Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie jedzie się między malowniczymi wzgórzami. Gdy docieram na miejsce i odnajduję Wojtka, idziemy do jego kanciapy. Po drodze spotykamy długowłosego Bartola, który w zespole śpiewa. Jest poważny, jakby trochę smutny. Przy Małym, którzy pojawia się za chwilę, może wydawać się flegmatykiem. Bo Mały, choć nie mówi, to wulkan energii. Śmieje się, obściskuje mnie i na migi pokazuje, że gra na perkusji. Takich, jak on lubi się od razu. Potem przychodzi Adam, lider zespołu, też poważny. Na pierwszy rzut oka prawie nie widać po nim upośledzenia. Adam czuje się artystą. - Chcę śpiewać do samej śmierci, bo to wszystko z siebie śpiewam - mówi. - Zapowiadam zespół na koncertach, lubię mieć wejścia.
- Tylko jakie to są wejścia! - śmieje się Mariusz, gitarzysta. - Wchodzisz na scenę i mówisz: Jak wam teraz zagramy, to się posr...
- Albo jak na tym festynie parafialnym w Chodzieży - wtrąca Wojtek. - Jeśli mamy fajną atmosferę na koncercie, to Adam mówi, że jest zajeb... Przed tym festynem zapewniał, że będzie grzeczny. W końcu wchodzi na scenę, na widowni siedzi proboszcz, a Adam rzuca: Dziś nie mogę powiedzieć, że jest zajeb...

Wieczorem Adam zaprasza mnie do siebie i do chłopaków. Robi kolację i strofuje współlokatorów: Zachowujcie się, bo mamy gościa. Widać, że chce być szefem. - I Bartolem się opiekuję, pomagam mu się myć - relacjonuje. - A chłopaki pomagają mi sprzątać, prać, robić śniadania i kolacje.

Próba. Adam jest niezadowolony, bo właśnie wyjechał na wczasy pod niedalekim Wałczem i z powodu próby musiał je na pół dnia przerwać. Denerwuje się, a Wojtek z jego narzekań robi kolejną piosenkę. Za to Bartol,  którym również są czasami kłopoty (raz, gdy bardzo się zdenerwował, wybił nawet, jak prawdziwy rokendrolowiec, szybę w restauracji), jest dziś wyjątkowo spokojny. Mocno trzyma mikrofon w garści, uśmiecha się i pyta po którymś z kolei kawałku: Dałem czadu? Małego ledwie widać zza perkusji, ale pod koniec utworu potrafi wstać, uśmiechnąć się od ucha do ucha i przelecieć pałeczkami po wszystkich bębnach.

Tylko Robert nie rzuca się w oczy - schowany w kąciku i pochylony w skupieniu nad cymbałkami. - Próby nie są łatwe - przyznaje Wojtek. - Bo oni muszą mieć publiczność, żeby chcieli grać. Na próbach trzeba ich nakręcać, nie chcą słyszeć, że jakiś kawałek musimy powtarzać ileś razy, szlifować. Ja nie nalegam, bo boję się, że takie cyzelowanie mogłoby zabić ich ekspresję. spontaniczność, naturalność. A to są największe walory naszego zespołu.

Niekonwencjonalna dyrektorka

Najpierw był telefon do Domu Kultury w Chodzieży, który Wojtek odebrał przypadkowo. Dzwoniła Małgorzata Kwiatkowska, świeżo upieczona dyrektorka przygotowywanego do otwarcia Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie, oddalonym od Chodzieży o kilkanaście kilometrów. Działo się to w 1991 roku.
- Dostaliśmy budynek po wojsku, było w nim ponuro, szare ściany - opowiada Małgorzata Kwiatkowska. - Zadzwoniłam więc do domu kultury z prośbą, żeby ktoś pokolorował nam ściany. Natknęłam się na Wojtka. Przyjechał z grupą zwariowanych, młodych ludzi, pomalowali cały dom. Zapytałam, czy nie zorganizowałby warsztatów terapii zajęciowej, które rozbudziłyby naszych podopiecznych artystycznie. Dlaczego akurat jego? Bo to artysta, a artyści sami przekraczają normy, więc mają więcej tolerancji dla inności.

Wojtek, wówczas specjalista od teatru w chodzieskim domu kultury i organizator znanego w kręgach awangardowych Święta Wrażliwości, wahał się. Zawsze wprawdzie lubił nowe wyzwania, a do tego uznał, że w Chodzieży zrobił już co mógł, ale praca w nowym miejscu wydawała się wielką niewiadomą. Wziął więc tylko pół etatu, drugie pół w domu kultury zachował.

Początki? Niezbyt zachęcające. Wojtek chciał poznać dzieciaki, którymi miał się zajmować jeszcze przed ich przeprowadzką do Rzadkowa. Pojechał do nich. Przeżył wstrząs.
- Zobaczyłem odrapane ściany, obślinionych, byle jak ubranych chłopaków - przypomina sobie. - Byli nafaszerowani końskimi dawkami środków uspokajających, bo personelowi nie chciało się nimi zajmować. Niektórzy walili głową w ścianę. Rozryczałem się. Stwierdziłem, że nie dam rady.

Potem jednak się przemógł. Chyba dlatego, że dom w Rzadkowie miał być zupełnie inny. Pani Kwiatkowska, jego dyrektorka, przedtem była nauczycielką. Miała niekonwencjonalne podejście do swojej nowej roli.

Wojtkowi dała swobodę. Miał robić to, co uzna za stosowne, bo w przypadku upośledzonych nie ma reguł i bywa, że metody z książek mało pomagają. Jak wydobywał z mieszkańców artystyczne upodobania?
- Najpierw ich obserwowałem i po prostu z nimi byłem - mówi. - Zrozumiałem, że nic na siłę zrobić się nie da. Czekałem na ich propozycje, bawiłem się z nimi tak jak chcieli.

I krok po kroku zmontował z upośledzonymi chłopakami teatr. Nazwał go Na Górze, bo dom w Rzadkowie stoi na wzgórzu. Po miesiącach prób zaczęli jeździć ze swym teatrem na przeglądy domów pomocy społecznej. Tam Wojtek przekonał się, że to getto - z upośledzonymi i instruktorami, którzy wystawiają ich jak małpy, i notablami, którzy ofiarowują swoją litość. Wtedy postanowił jeździć z zespołem na "normalne" festiwale i rywalizować z "normalnymi" zespołami. Wystąpili m.in. na poznańskiej "Malcie", zbierając pochlebne oceny.

Apetyt na życie

A jak zaczęło się z muzyką? Wojtek poprosił Mariusza Nalepę, znajomego z Chodzieży, żeby pomógł mu zrobić oprawę muzyczną do spektakli wystawianych przez trupę z Rzadkowa. - Po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać, czy nie wciągnąć do tworzenia tej muzyki naszych aktorów, czyli chłopaków z DPS-u - opowiada Retz. - Zauważyłem, jak Bartol nuci piosenkę z serialu. Zacząłem z nim pracować. Wtedy prawie nie mówił, a dziś jest jednym z dwóch wokalistów zespołu. Potem zwróciłem uwagę, że Mały wystukuje coś łyżeczkami na stołówce, i pomyślałem: To będzie nasz bębniarz. Następnie trafił między nas Robert, grając na przeszkadzajkach.

To był pierwszy skład. Zespół nazwali tak samo jak teatr: Na Górze. Na Boże Narodzenie 1994 roku dali pierwszy koncert - w Rzadkowie, po wigilii. Mały wystukiwał rytm na kartonowym pudełku, Robert grał na cymbałkach, Wojtek na gitarze, a Bartol śpiewał.

Kaseta wideo z nagraniem koncertu wpadła w ręce Mariusza Nalepy. To od siedmiu lat instruktor terapii zajęciowej, gitarzysta i flecista, a zarazem palacz c.o. i sprzedawca kalendarzy, dorabia sobie chałturami na weselach. - Do tego czasu myślałem, że to, co robi Wojtek z chłopakami, to taka muzykoterapia: każdy wali, w co popadnie i wychodzi z tego jeden wielki kociokwik - opowiada Mariusz. - A oni grają normalne kawałki. Powiedziałem do żony: muszę z nimi grać. Na początku to była wielka partyzantka. Graliśmy na enerdowskich gitarach, Muzimach, Mały wybijał rytm na kartonach. Z czasem dyrekcja domu zafundowała nam głośniki i perkusję, kupiliśmy wzmacniacz za pieniądze z koncertów. A chłopaki rozwijali się, szło im coraz lepiej.
- To samorodne talenty - stwierdza Wojtek. - Raz puściłem Małemu film instruktażowy dla perkusistów jazzowych. Popatrzył na jedno z ćwiczeń, naprawdę trudne, i zaraz tak samo zagrał.

Gdy zaczęli jeździć na pierwsze koncerty, dołączył do nich Adam, którego znali wcześniej z tego, że słucha disco-polo. Chciał śpiewać, ale Wojtek podejrzewał, że chodzi mu tylko o jeżdżenie na występy, o publiczność. Mylił się, bo Adam bardzo zapalił się do śpiewania i mówi teraz, że disco-polo to g...

Brakowało im wtedy tylko basisty. Mariusz znalazł na to sposób: ściągnął znajomego z Piły. To był Longin, człowiek, który uczestniczył w wielu muzycznych projektach, a utrzymywał się ze sprzedawania telefonów komórkowych. Dziś to najlepszy muzyk w zespole. - W żadnej z moich kapel nie było takiej atmosfery, jak w Na Górze - mówi Longin. - Tu nie ma wielkich instrumentalistów, można nas się czepiać, że gramy mało precyzyjnie, słabo warsztatowo. Ale tu nie o to chodzi. W czasie grania powstają między nami tak pozytywne napięcia, że wzajemnie się nakręcamy. I jak skaczę na koncertach, nie robię tego na pokaz, lecz dlatego, że to wspólne granie tak nas niesie.

Opowiada Mariusz Nalepa, gitarzysta: - Bycie z chłopakami jest jak lustro. Jaki jesteś dla nich, tacy oni dla ciebie. Oni żyją tu i teraz. Potrafią cieszyć się tym, z czego my już nie umiemy czerpać radości. Nie komplikują świata tak jak my. Dzięki nim odnalazłem w sobie stan spokojnego wyczekiwania, zrozumiałem, że życie nie polega na tym, żeby uganiać się za jakimiś celami i za wszelką cenę coś osiągnąć. Nabrałem przy nich apetytu na życie.

Tylko zblazowany cynik...

W 1997 roku nagrali pierwszą kasetę. Słowa ułożył Wojtek. Pisał tak, by oddać świat chłopaków z zespołu. Teksty były krótkie, bo dłuższych Barto i Adam by nie zapamiętali. Kaseta rozeszła się wśród przyjaciół i znajomych. Zespół grywał tu i ówdzie koncerty.
- Nie zabijaliśmy się, żeby zaistnieć - mówi Wojtek. - Wszystko toczyło się raczej samo. Ktoś dzwonił, proponował granie, to jechaliśmy. I na ogół świetnie nas przyjmowano. Ludzi e na nasz widok najpierw otwierali szeroko oczy, a później dawali się porwać. Chłopaki na scenie są tacy, że ktoś musiałby być zblazowanym cynikiem, żeby go nie ruszyli.

Na koncertach zespół przedstawiał Adam: Cześć, nazywamy się Na Górze. Mamy nadzieję, że będziecie się z nami dobrze bawić. Ani słowa o tym, że on i jego trzech kolegów z zespołu są niepełnosprawni.

Basia Rutkowska, pedagog w rzadkowskim DPS-ie: - Oni wcześniej nie byli tacy przebojowi, ekspresyjni. A teraz wchodzą do każdego lokalu jak normalni ludzie - nie skuleni, spłoszeni, jak zwykle nasi pensjonariusze.

Małgorzata Kwiatkowska, dyrektorka DPS w Rzadkowie: - Wojtek wiedział, że w inności tych chłopaków jest potencjał i umiał to genialnie wykorzystać.

Przełomem był telefon od Romana Zańki, właściciela Galerii "Pod Sukniami" w Szczecinie, w której mieści się również bar sałatkowy i herbaciarnia. Zańko po raz kolejny organizował u siebie Święto Działań Niezwykłych i chciał, żeby zespół Na Górze na nim wystąpił. Po koncercie był tak zafascynowany, że postanowił pomóc im wypłynąć na szersze wody. Załatwił występ przed wielkimi gwiazdami: Kultem i Heyem.
- Przed Kultem chcieliśmy zagrać na tym samym sprzęcie, co muzycy tego zespołu, bo sami nie mieliśmy najlepszego - mówi Wojtek. - Muzycy Kultu się wahali, a najbardziej niezdecydowany był perkusista. Patrzy na Małego, a ten nie dość, że niewielki, to jeszcze niepełnosprawny. W końcu zgodził się, mówiąc: Tylko, żeby jakiejś śrubki nie odkręcił. Czy chłpaki mieli tremę? Nie, nie miało to dla nich znaczenia, że Kult to gwiazda.

Zańko przekazał kasetę z muzyką rzadkowskiego zespołu Robertowi Friedrichowi, lidreowi Arki Noego. Friedrich zachwycił się ich piosenkami. Zadeklarował, że gdyby zespół potrzebował pomocy, to jest do dyspozycji. Parę miesięcy później, w listopadzie 2000 roku, spotkał się z Wojtkiem. W wtedy było już wiadomo: Friedrich chce, żeby pieniądze, które zarobiła Arka Noego, posłużyły do wypromowania zespołu Na Górze. Zapowiedział, że sfinansuje nagranie i wydanie płyty i teledysków. Słowa dotrzymał.
- Odkąd dostałem kasetę z muzyką Na Górze, jestem wielkim fanem tego zespołu - mówi Friedrich. - Dzięki tej muzyce wiem, że życie ma sens.
(...)
- Bałem się nagrywania tej płyty, mówi Adam, wokalista Na Górze. - I miałem rację. Było ciężko, tyle musieliśmy ćwiczyć, że aż się popłakałem.
Wojtek: - Chłopaki nie byli przyzwyczajeni do pracy w studiu, powtarzania nagrań. Żeby ich nakręcić, udawałem przed nimi publikę, tańczyłem, skakałem. Ale poradzili sobie lepiej niż przewidywałem.
- Gdy oni wracają z koncertów do DPS-u, przeżywają dramat - mówi Wojtek. - Bo zostawiają za sobą normalne życie. To, że tak w zespole się zmienili, wynikało głównie z tego, że traktowaliśmy ich jak kumpli.
(...)

Przeciw cywilizacji śmierci

Mówi Robert Friedrich, lider Arki Noego: - Chłopaki z Rzadkowa nie grają doskonale, mylą się. I paradoksalnie - to ich zaleta. Pokazują, że człowiek ma prawo do błędu i może być średniakiem. W lansowanym dziś modelu kultury brakuje miejsca dla tych, którzy nie są najlepsi, nie tryskają zdrowiem, nie są piękni, młodzi, nie odnoszą wielkich sukcesów. Domy starców, dla niepełnosprawnych, szpitale wyrzuca się poza miasta, udając, że ich nie ma. Muzyka Na Górze to krzyk dochodzący z tych miejsc - krzyk tych, którzy dziś nie mają głosu, krzyk dający otuchę, a nie rozpacz. To cios w cywilizację śmierci.

*   *   *

Inny fajny artykuł napisała znająca nas „z sąsiedztwa” dziennikarka Głosu Wielkopolskiego – ukazał on się… w Boże Narodzenie 2004 roku. Agnieszka Świderska, pracując w pilskim oddziale tej gazety, miała z nami kontakt wiele razy – przyjeżdżała na próby, bywała (i nieźle się bawiła) na naszych koncertach… Zatem nie zdziwiło nas, że tekst, który powstał był autentycznym obrazem naszego zespołu.

Muzyka jest na górze

Zespół Na Górze, który tworzą niepełnosprawni intelektualnie chłopcy z DPS w Rzadkowie oraz muzycy z punkrockowych zespołów jest fenomenem na polskiej scenie. Może gdyby takich zespołów było więcej, o Rzadkowie nie byłoby tak głośno. Ale może wtedy nikt by nie budował domu dla chłopców daleko za wsią, w szczerym polu. Chłopcy mieliby wtedy bliżej do kawiarni i kina, które lubią tak samo jak wszyscy. A kultury od chłopaków pani Kasi, opiekunki grupy, w której są Adam i Gary, mógłby się uczyć niejeden „dres” sprzed bloku. W restauracji piją zawsze kawę z filiżanek i nie pozwalają płacić kobiecie rachunku.

Ciągle czegoś szukasz
Stale czegoś chcesz
Mówisz, że nic nie masz
A przecież...

Wszystko jest w tobie
Wszystko jest tutaj
(,,Wszystko jest’’)

Każdy dom ma swoje kolory. I swój własny rytm. Dom na górze w Rzadkowie ma jeszcze swoją muzykę. Ta domowa piosenka zaczęła się dziesięć lat temu. Wojtek przypadkowo usłyszał, jak Bartol nuci pod nosem melodię z serialu. Zabrał go wtedy ze świetlicy i zagrał mu na gitarze. - Nie słyszałem, żeby w ogóle śpiewał - opowiada Wojtek. - Tymczasem okazało się, że ma całkiem fajną barwę głosu. To był ten sam Bartol, który kiedyś nie mówił. Potem przyuważył Garego, jak bębnił palcami po stole. Dał mu karton, który pożyczył od magazyniera. Gary zaskoczył go, tak samo jak Bartol. Nie gubił rytmu. Ten pierwszy grudniowy koncert po trzech miesiącach zagrali właśnie trzech. Pewnego dnia tak po prostu dołączył do nich Adam, a potem Robert. Maniek trafił do zespołu przez... kasetę wideo. - Był na niej nagrany nasz pierwszy koncert - opowiada Wojtek. - Trzymał ją przez miesiąc i nie oglądał. Myślał, że to takie pitu-pitu w stylu: a teraz bierzemy grzechotki i walimy. Zdziwił się, że to są piosenki, a chłopacy wiedzą, kiedy zacząć i kiedy skończyć. Powiedział do żony, że musi grać w tym zespole. Longin to ,,Kolorowomowa’’. Przy nagrywaniu tej kasety, kiedy Gary siedział już za prawdziwą perkusją, stwierdzili, że brakuje basów. Lo był właśnie tym, który je dograł. Nie poznał wtedy chłopaków; na żywo spotkali się dopiero na koncercie. Kiedy zaczęli już sporo koncertować, z zespołu odszedł Robert. Od tras koncertowych wolał swoją drogę, która prowadzi go codziennie z domu na górze do kościoła na dole. Zastąpił go Kris z chodzieskich WTZ. Razem z nim w zespole pojawiły się klawisze. Adam nie śpiewał już wtedy w chórku, tylko na pierwszym mikrofonie. Jego natura showmana doszła do głosu. - Lubię być na scenie - sam przyznaje. - Lubię śpiewać dla ludzi. Oni nie mogą siedzieć w domu i oglądać telewizji, jak jest koncert. Oni muszą coś robić. Czuję, że to jest ciepłe. Oni tego potrzebują. Trzeba wiedzieć, że nie jesteś gwiazdą, że to jest po prostu zabawa. To nie jest tak, że ktoś jest kaleką. To nie jest terapia. To jest zabawa. Lubię ostre granie. Podoba mi się, jak ludzie skaczą.

Gdy słońce budzi mnie
Zawsze bardzo dziwię się

Znowu jestem
Tutaj jestem
(,,Poranna piosenka’’)

W każdym domu jest ktoś, kto wstaje pierwszy. I ktoś zawsze ostatni gasi światło. W Domu na Górze to Gary pije pierwszy poranną kawę. Lubi rozpuszczalną. Adam z kolei zaparza sobie rano ,,siekierę’’. Razem z Pawłem, Robertem i sześcioma innymi chłopakami oraz Kubusiem (królikiem miniaturką) mieszkają w zachodniej części domu. Dawną pralnię zamieniono na przytulną kuchnię i pięć pokoików. Chłopakami na zmianę z panią Kasią z Chodzieży opiekuje się pani Mariola, która mieszka na dole, we wsi. Chłopacy znają ten dom. Kiedy wybierają się do niej z wizytą ubierają białe koszule i marynarki. Kiedy kawa już stoi na stole, można zdjąć marynarkę. Najwięcej jednak rozmów odbywa się przy kuchennym stole, w ich kuchni. Kolacje, które sami przygotowują, przeciągają się wtedy do późna. Nie zawsze tak jest. Gary, kiedy ma zły dzień, zamyka się w pokoju i z nikim nie rozmawia. Rzadko jednak drzwi do jego pokoju są zamknięte. Gary to człowiek, którego rozpoznaje się po uśmiechu, a ten uśmiech od rana wędruje po wszystkich piętrach domu. - Gary wszystkim chce pomóc - śmieje się Wojtek. - To taka natura.

Kiedyś na dwie zmiany pomagał w kuchni, dopóki kucharki się nie zorientowały. Dla kuchni jest gotów poświęcić nawet próbę, zwłaszcza gdy na zmianie jest pani Ola. - Gary w kuchni robi praktycznie wszystko - chwali go pani Ola. - Poza tym fajnie gra. Jak usłyszałam go na koncercie, to miałam gęsią skórkę. Ulubionym miejscem Adama jest zdecydowanie jego pokój. Teraz ma w nim jeszcze DVD, które kupił m.in. za pieniądze zarobione na koncertach. - W zespole panuje demokracja - mówi Wojtek. - Zarobione pieniądze dzielimy po równo. Bartol, który mieszka w innej części domu, pieniądze włożył w remont pokoju. Starczyło jeszcze na telewizor i zestaw wypoczynkowy, z którego korzystają także współlokatorzy. - Jak już pokój był zrobiony, to Robert nie wychodził z niego - opowiada opiekunka jego grupy, pani Gosia. - Tak się nim cieszył.

Zbudowałem dom z niepewności
Zbudowałem dom z pytań
Zbudowałem dom z samotności
Zbudowałem dom z oczekiwań

Teraz zapraszam was do niego
(,,Dom’’)

Ten remont nie był zwykłym remontem, ani ten pokój, nie jest zwykłym pokojem. Dla Bartola, oprócz muzyki, to najcenniejsza rzecz, jaką posiada. W przeciwieństwie do Adama, który często zagląda do braci, czy Garego, którego po reportażu w telewizji odnalazła siostra, Bartol ma tylko obietnicę swojego ojca, że ten kiedyś go odwiedzi. To za mało, jak na miłość. - Kiedy chłopcy wyjeżdżali na święta do domu, chodził ze spuszczoną głową - opowiada pani Gosia. Być może z tego, choć i z innych powodów, prawdziwym świętem są dla niego koncerty. - W dzień koncertu jak by mógł, to by frunął do nieba - opowiada pani Gosia. Kiedy Wojtek wspomina pierwsze koncerty, Bartol płacze. Uśmiecha się zawstydzony, jakby mówił: to tylko wzruszenie, każdy by się wzruszył. I nikt mu się nie dziwi. Bo z tego zaplanowanego 10 lat temu buntu przeciwko terapii zrodziło się coś dobrego: pełen energii i radości punkrock, dwie płyty i ponad setka koncertów. Ten urodzinowy zagrali na początku grudnia w Chodzieskim Domu Kultury. - Było super - mówi Bartol. - Daliśmy czadu, bo ludzie klaskali i skakali mocno. Na ten koncert zaprosili także swoich przyjaciół - zespół VooVoo, Zbyszka Zamachowskiego, Litzę i Grabaża.

Jeśli w twych oczach
Jest jeszcze światło
Jeśli w twym sercu
Jest jeszcze droga

To idź
Nawet w ciemność
(,,Jeśli’’)

Każdy koncert jest wydarzeniem. W pamięci zostaje jednak kilka, kilkanaście może. Jednym z nich był koncert na poznańskim Rozbracie. - Obawiałem się trochę tego koncertu, bo Rozbrat ma swoją specyficzną, wymagającą publiczność. Niepotrzebnie, bo przyjęli nas bardzo dobrze. Lubimy tam wracać i grać. Nie sposób zapomnieć też koncertu na festiwalu w Pradze. Zagrali wtedy w kościele, gdzie bębny Garego brzmiały niesamowicie. - Charytatywnie gramy tylko dla fajnych ludzi - mówi Wojtek. - Wkurzają mnie ludzie, którzy myślą, że niepełnosprawnym powinno wystarczyć tylko to, że zagrali koncert. Nie gramy dla czyjejś litości. Nie boję się powiedzieć, że Na Górze to dobry zespół, który jest wart swojej ceny. Z pewnością jest więcej wart niż jeden menadżer z siódmego piętra Pałacu Kultury i Nauki. - Miał wypromować naszą pierwszą płytę ,,Rre-generacja’’ - opowiada Wojtek. - Snuł przed nami plany wielkich tras koncertowych. Mówił też, że my z tego z Rzadkowa będziemy musieli częściej przyjeżdżać do Warszawy, bo tam jest centrum. I na samym gadaniu się skończyło, a my straciliśmy przez niego pół roku.
Zespół i jego przyjaciele wzięli sprawy promocji płyty w swoje ręce, a ,,centrum’’ wróciło na swoje miejsce, czyli do Rzadkowa. Nigdy się stąd zresztą do Warszawy nie wybierało. Na następną płytę - ,,Satysfakcję’’ zdobyli granty z unijnego programu ,,Młodzież’’. - Nigdy bym nie chciał, żeby Na Górze zostało boysbandem, który musi robić to, do czego zmusza go umowa - mówi Wojtek. - Dlatego nie będziemy podpisywać żadnych umów.

Byłem tam
Widziałem to i tamto
Gościli mnie ci i tamci
Ale nigdzie nie jest tak jak tu
(,,Tu’’)

W sali prób w domu jest nadkomplet. Adam idzie po wodę na herbatę, Wojtek szuka kubków, Lo i Maniek stroją gitary, a Kris ustawia się z klawiszami na nowym miejscu. Tylko Bartol siedzi spokojnie na kapanie. Reszta to domownicy. Brakuje jeszcze Garego. Głośników pilnuje w tym czasie drewniany anioł. A ze ścian pozytywny przekaz ślą kolorowe obrazki. Kiedy zaczyna się muzyka, Monika, dziewczyna z domu, wchodzi na środek sali i zaczyna tańczyć. Dołącza do niej chłopak ze sreberkiem w ręku, Przemek. ,,Za twórczość dla dzieci i młodzieży’’ - tak brzmiał tytuł prestiżowej nagrody prezydenta, do której w tym roku Wojtek otrzymał nominację. Na spotkanie z prezydentem pojechał razem z Adamem. - Wiesz, ja pierwszy raz widziałem Kwaśniewskiego - opowiada Adam. - Musiałem się z nim przywitać. Strasznie pachniał. Jak on jest ważny gość, to musi pachnieć. Joli nie było, nie wiem czemu, ale nie było. A potem on zaprosił wszystkich na szwedzki stół. Dobrze, że talerz mi się nie zbił. Nie chcę być prezydentem. Wolę grać.

*   *   *

A to tekst Piotra Schutty – dawnego, studenckiego kolegi Woja, który odnalazł go po latach dzięki krążącym (tu i ówdzie) plotkom o naszym zespole i okazał się dziennikarzem Ekspressu Bydgoskiego.

Kolorowe ptaki przylatują z Rzadkowa

Jeden nie dosłyszy, drugi prawie nie mówi, trzeci gra jedną ręką, czwarty gada jak najęty. Grają spontanicznego free rocka. Mieszkają na wzgórzu. Nazywają się "Na górze".

Mały, który nie jest już taki mały i ostatnio zmienił ksywę na Gary, czasem na koncercie wstanie od perkusji w środku utworu, przestanie grać, okręci się w kółko... i bębni dalej. Reszta zespołu zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Bo: po pierwsze Mały-Gary jest geniuszem rytmu (aparat słuchowy mu w tym nie przeszkadza), a po drugie inni też nie są doskonali. Nikt nie jest.

Co koncert, to niewiadoma

Adam Kwiatkowski, wokalista i gaduła - jeśli koncert wypada w niedzielę, lubi ubrać się tak, jakby szedł do kościoła. Biała koszula, garnitur, eleganckie buty. W pozostałe dni może wyglądać jak rockandrollowiec - dżinsy, koszulka z ustami i jęzorem Micka Jaggera, czarna skóra - ale nie w niedzielę. Nie raz zdarzyło mu się przekręcić słowa, pomylić zwrotki albo całkiem zapomnieć tekstu. Nikomu to nie przeszkadza, przeciwnie, pomyłki są początkiem następnej przygody. Bo każdy występ przed publicznością, każda próba, każda piosenka i każdy akord to wielka niewiadoma. Nigdy nikt nie wie, co się za chwilę wydarzy. I kiedy Adam zaśpiewał raz  "jestem pogryziony satysfakcją" zamiast "jestem pogrążony w satysfakcji" - część zespołu tego w ogóle nie zauważyła, a inni mieli radość. I tak już zostało.

Robert Bartol, drugi wokalista - postać tajemnicza. Milczący, nerwowe, płochliwe spojrzenie, orli nos, grzywka przesłaniająca głęboko osadzone oczy. Powtarza za rozmówcą końcówki zdań, najczęściej jeden wyraz. Bo generalnie nie lubi mówić. Kiedyś nie mówił wcale. Ani słowa. Coś tam tylko mruczał pod nosem. Nigdy wyraźnie, ale za to zawsze melodyjnie. Dziś śpiewa na całe gardło na scenie, czasem dla garstki, a czasem dla kilku tysięcy fanów. Na przykład tak: "Gdy ci smutno, gdy sił ci brak. Podnieś głowę. Zaśpiewaj sobie tak. La, la la, la la la la la".

To "la la la" Bartola usłyszał Robert Friedrich z Arki Noego i zaprosił chłopaków do studia do Warszawy na profesjonalną sesję nagraniową. Tak powstała, wydana w 2001 roku pierwsza płyta zespołu pt. "Rre Generacja" i wymowny teledysk, w którym najważniejsza jest żółta warszawa pożyczona od przyjaciela. Zespół pakuje do niej instrumenty i zamiast do szkoły rusza na wagary, po wrażenia i przygodę.

Przygoda trwa. Grając koncerty zwiedzili cały kraj: Kraków, Krosno, Warszawa, Skierniewice, Gdańsk, Brodnica... Byli w Pradze, byli w studiu telewizyjnym, byli na plaży, mieszkali w hotelu Holiday Inn. Poznali Kasię Nosowską, Annę Dymną, grali przed Kazikiem Staszewskim i zespołem Raz Dwa Trzy. Dziś grupa ma już w dorobku dwie płyty, dwa teledyski, ponad 30 własnych utworów, kilka coverów znanych kapel i ciągle mnóstwo marzeń.

Kariera obok

Tylko że marzenia nie dotyczą występów i kariery. Światła sceny, autografy, dziennikarze, popularność - to wszystko jest przy okazji. Naprawdę ważne jest: żeby pomagać w kuchni sympatycznej pani Oli i poznawać miłe studentki praktykantki, żeby służyć do mszy, żeby częściej spotykać się z poznaną niedawno dziewczyną, żeby znowu przyjechała siostra, która odnalazła się po latach, bo obejrzała ich w telewizji.

Robert Królski, przeszkadzajki - szczupły, wysoki, lekko zgarbiony. W dłoni przeważnie ściska reklamówkę. Szybki, ruchliwy. Rzuca:  - Co mi przywiozłeś? Piwo przywiozłeś?

Zrezygnował z „kariery", bo zaczęła go męczyć. Wyjazdy, koncerty, autografy, hałas. To nie dla niego. W pewnym momencie powiedział "nie!". Roberta zastąpił Krzysiek Nowicki, który wzbogacił brzmienie o klawisze, na których gra jedną rękę, bo drugą ma sparaliżowaną.

Mają własny napój

Rockandrollowcy z Rzadkowa to nietypowi rockmani. Nie lubią piwa, lubią przy piwie tylko posiedzieć. Na jednej z tras wymyślili colahol, połączenie coca-coli z piwem bezalkoholowym. Nie szukają doznań w narkotykach, nie pozują na gwiazdy, męczy ich popularność, nie dbają o pieniądze i sławę. Poza tym są normalni - nie znoszą prób, kochają za to podróże. Nazywają się Na Górze, bo ich dom - Dom Pomocy Społecznej w Rzadkowie mieści się na wzgórzu. Po prostu. Kiedy kilka lat temu menadżer ze stolicy powiedział im, że zrobi z nich gwiazdy, ale muszą się przenieść do Warszawy, bo tam jest centrum, w pierwszej chwili byli gotowi pakować walizki. Na szczęście menadżer okazał się niesłowny, a oni przypomnieli sobie, że centrum ich świata jest tu, skąd widać pola i las, na górze w Rzadkowie, między Miasteczkiem Krajeńskim i Piłą. Tutaj wracają z męczących tras koncertowych, tu przeżywają i wspominają. Panią z przydrożnego baru, której dali płytę. Zbyszka Wodeckiego, którego w studiu pomylili z Michałem Wiśniewskim. Zbyszka Zamachowskiego, któremu na planie teledysku Adam szepnął do ucha: "Ja chcę z tobą zagrać w filmie Zbyniu".  Wspomnień jest dużo, ale rzadko sięgają dzieciństwa. Zresztą nie ma czego wspominać, rodziców się nie pamięta, a domy dziecka i zmieniane wielokrotnie ośrodki zlewają się w jeden bezbarwny ciąg.

Zaczęło się od malowania

Mama Adama odnalazła się niedawno. Ma nową rodzinę.

- Wolałbym mieszkać z nią i z braćmi. Bo rodzina jest najważniejsza. Nie wiem, czemu mieszkam tu, a nie z mamą - mówi Adam i smutnieje. Ma 26 lat. Od dziecka tułał się po ośrodkach. Na dłużej zatrzymał się dopiero w Rzadkowie. Tu ma własny pokój, przyjaciół, firmowe ciuchy i sprzęt grający kupiony za pieniądze z koncertów. Odkąd zaczął regularnie występować, chodzi do fryzjera i na zakupy - lubi modnie się uczesać i dobrze wyglądać. W piosence "Tu" śpiewa: "Byłem tam, widziałem to i tamto. Gościli mnie ci i tamci. Ale nigdzie nie jest tak jak tu".

Wojciech Retz z Chodzieży, gitara akustyczna, słowa, muzyka - kościsty, wysoki, długie włosy opadające na ramiona. Zainteresowania: muzyka, teatr, ludzie. Trzynaście lat temu wjechał na górę, żeby pomalować mieszkańcom DPS-u płot i ściany. Wymalował fantazyjne figury o krzykliwych barwach i został. Jako instruktor terapii. Tak zaczęła się w Rzadkowie historia teatru plastycznego. Mieszkańcy domu byli aktorami, wymyślali sceny, tworzyli kostiumy. W grudniu 1994 roku aktorzy teatru Mały, Bartol, Robert i Wojtek po raz pierwszy razem zagrali. Miał być zwykły wigilijny koncert dla sponsorów, jakich wiele w DPS-ach, a stało się coś dziwnego. Bartol mruczał niczym Tom Waits, Mały uśmiechnęty od ucha do ucha walił w kartony, Robert z fantazją potrząsał grzechotą, w tle brzmiała gitara Wojtka.

Czadzili jak z nut

Mariusz Nalepa, gitara akustyczna i elektryczna, flety, harmonijka, kompozycje: - Zobaczyłem ich występ na taśmie i kopara mi opadła. Znając realia DPS-ów myślałem, że to będzie słabe. A tu zaskoczenie, chłopcy czadzili tak, że głowa mała. Akurat kończyłem szkołę, technikum ochrony środowiska. Postanowiłem, że chcę do nich dołączyć i zatrudniłem się w Rzadkowie.

W 1997 roku do zespołu dołączył jeszcze jeden "normals", basista Longin Bartkowiak – przyszedł do studia, by dograć się na pierwszej kasecie grupy pt. "Kolorowomowa", wydanej niezależnie.

Teksty piosenek są proste i krótkie, najczęściej powstają w głowie Wojtka. Linie melodyczne nieskomplikowane. Całość poraża. Jak piosenka z teledysku "Rre generacja": "Kiedy idę do szkoły, jestem czerwony. Kiedy wracam do domu, jestem zielony. A uczę się być żółty".

Myślałem, że wy z Marsa

Wojtek Retz nie lubi słowa integracja. Na imprezach integracyjnych grają jak najrzadziej. - To są często sztucznie robione imprezy pod władze miasta, żeby mogły się popisać. Wolimy, jak traktuje się nas normalnie, jak normalny zespół muzyczny. Ludziom się wydaje, że granie z chłopakami wymaga jakiejś specjalnej cierpliwości, poświęcenia. To nie tak. Wszystko się samo spokojnie rozgrywa. A wzięło się z chęci nienudzenia się. Dziś już nie wiemy kto komu więcej daje.

Kiedyś grali w klubie bluesowym w Brodnicy. Publiczność wysmakowana, wybredna, niejedną gwiazdę widziała. Wydawało się, że nieznani chłopcy z Rzadkowa, w dodatku dziwnie wyglądający, nikogo nie rozruszają. A tu niespodzianka. Po kilku utworach widownia szalała.

- Fajnie jest, jak mamy dla kogo grać, ale tak naprawdę na chłopakach to nie robi wrażenia. Wystarczy im jeden słuchacz. Tak samo naturalnie i żywiołowo graliśmy dla kilku tysięcy na rynku w Krakowie i dla paru punków, którzy przyszli na koncert w jakimś małym miasteczku - dodaje Retz.

W Brodnicy po koncercie podszedł do nich akustyk z przepraszającą miną: - Sorry, jak was zobaczyłem, myślałem, że urwaliście się z Marsa. A wy zagraliście bardzo fajny koncert.

*   *   *

Za ten reportaż, który przedrukowujemy poniżej (ukazał się w magazynie Gazety Wyborczej 24.01.2002), Katarzyna Surmiak-Domańska otrzymała nagrodę w konkursie dziennikarskim „Oczy otwarte” – to już stare dzieje, ale przeczytajcie sobie…

Dlaczego mleko ucieka?

Katarzyna Surmiak-Domańska


Mały wybijał rytm łyżeczkami o talerze. Bartol, który w ogóle nie mówił, nucił pod nosem melodię. Pierwszy koncert zagrali na Gwiazdkę 1994 r. Właśnie wydali profesjonalną płytę. Rewelacyjną!!!

Najpierw wpadła mi w ręce płyta kompaktowa, na której ktoś napisał flamastrem: zespół Na Górze. - Jestem ich fanem - zapewnił mnie Robert Friedrich z Arki Noego.
Krążek zawierał dwanaście kawałków. Muzyka niezła, skoczna. Wokal? Obłędny. Gruby, niski głos, maksymalnie zachrypnięty. Tylko że dykcja nie istniała. Z początku nie mogłam zrozumieć ani słowa. Podobnie śpiewały kiedyś angielskie zespoły punkowe. Bełkotały w kółko jakieś dwa słowa, na przykład "sex and violence". Ważny był rytm i atawistyczna barwa głosu. Takie odprężenie poprzez powrót do neandertalskich korzeni. Bardzo to lubiłam.
Po kilku przesłuchaniach doszłam do wniosku, że w drugim kawałku tekst wygląda chyba tak:

Małe czerwone mleko ucieka.

Co to jest?
Zorientowałam się też, że w zespole jest dwóch wokalistów. Jeden miał trochę lepszą dykcję. On na pewno w czwartym kawałku śpiewał:

Kiedy idę do szkoły jestem
czerwony,
kiedy wracam do domu jestem
zielony.
A uczę się być żółty.

A w ostatnim - prawie na pewno:

Nie ma mnie. Czy ty jesteś?

Dom na górze

Zespół Na Górze składa się z siedmiu osób: wokal - Adam Kwiatkowski i Robert Bartol, perkusja - Robert Wasiak, przeszkadzajki - Robert Królski.
Ta czwórka, między osiemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia, to ludzie o bardzo silnym upośledzeniu intelektualnym. Mieszkają w męskim Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie pod Chodzieżą.
Pozostała trójka to Wojciech Retz, Mariusz Nalepa - instruktorzy-terapeuci DPS-u w Rzadkowie (grają na gitarach, mieszkają w Chodzieży) oraz Lo - gitarzysta z Piły. Ich pierwsza płyta "Rre Generacja" wyszła w połowie grudnia.
Wieczorem, po długiej podróży pociągiem, słucham obu wokalistów na żywo. Śpiewają tylko dla mnie. U siebie w domu, w kapciach.
Ich dom leży za wsią Rzadkowo, na kompletnym odludziu, na skraju lasu, na niewysokiej górze. Stąd nazwa zespołu.
Mam ich wszystkich przed oczami:
Robert Bartol - długowłosy introwertyk. To ten bardziej "punkowy" wokalista. Kiedy ryczy "Nuda ogarnia ziemię" (Nuda, a może woda albo wóda?), to aż ciarki przechodzą.
Robert Wasiak - perkusista, z powodu niskiego wzrostu zwany "Małym". Nie mówi. Podobno najinteligentniejszy z całej czwórki. Lgnie do ludzi, śmieje się, poklepuje po ramieniu, żyje w swoim beztroskim świecie i nic nie jest w stanie zepsuć mu humoru.
Robert Królski też często się uśmiecha, ale bardziej refleksyjnie. Jest najmniej związany z zespołem. Niedawno został ministrantem w Rzadkowie i to jest dla niego chyba sprawa pierwszorzędna. Nawet teraz nie stoi razem z innymi, tylko usiadł z przeszkadzajkami koło mnie na kanapie. Czasem w trakcie utworu się zapomni i wyłączy albo cały kawałek gra na tym samym instrumencie, zamiast zmieniać. - Trzeba go pilnować - mówi Wojtek Retz.
Ale gdy proponuję, że zagram razem z nim na tamburynie - nie pozwala.

Adam

Siedzimy w salce od prób i czekamy na frontmana Adama Kwiatkowskiego (tego z lepszą dykcją). Mały przyniósł z kuchni kolację.
Mały jest strasznie uradowany, coś pokazuje Wojtkowi na palcach.
- Pracujesz w kuchni, Mały - chwali go Wojtek.
- Taa! - wyje radośnie Mały.
- Ale wiesz, że na razie za darmo, na próbę.
- Taa! - Mały piszczy z radości jeszcze bardziej.
Skubiemy wspólnie kolację, popijamy herbatkę, kiedy nagle spóźniony wchodzi do salki Adam. I wszystko jasne, nie ma wątpliwości, kto w tej kapeli robi za gwiazdę. Czarna czupryna, śniada cera, głębokie brązowe oczy - w nich pewność siebie. Swobodne ruchy. Ubrany w szary garnitur i śnieżnobiałą koszulę. Z twarzy przypomina mi pianistę Aleksieja Sułtanowa.
Zespół w komplecie. Możemy zaczynać.
- A teraz specjalnie dla pani z Warszawy zespół Na Górze. Łoł! - krzyczy do mikrofonu Adam Kwiatkowski. I chłopaki dają czadu.

Przyjechaliśmy na graffiti

Wojtek Retz, 36 lat - terapeuta i założyciel zespołu - to też nietuzinkowa postać. To on komponuje muzykę i to on napisał te dziwne teksty.
Urodził się w Chodzieży, chciał być artystą: pisał wiersze, grał na gitarze. Uciekając przed wojskiem, wylądował w Bydgoszczy na pedagogice (zwykłej, nie specjalnej), a później w domu kultury w Chodzieży. Prowadził dom kultury, którego nikt nie chciał prowadzić, bo przychodziła tam tak zwana trudna młodzież. Trudna - to znaczy nosiła długie włosy, paliła papierosy i słuchała Deep Purple. Wojtek słuchał Purpli razem z nimi. To było dwanaście lat temu.
Mariusz Nalepa - terapeuta, drugi gitarzysta, z wykształcenia technik ochrony środowiska - należał właśnie do tej trudnej młodzieży.
Kiedy poznali się z Wojtkiem w domu kultury, dwadzieścia kilometrów dalej, na wzgórzu za Rzadkowem, powstawał dom pomocy społecznej. Dyrektorka zadzwoniła do domu kultury, żeby poprosić o wypożyczenie plastyka, który ozdobiłby ściany freskami.
- Będą malować schematycznie, widoczki-śmoczki, a ja mam lepszy pomysł - pomyślał Wojtek, który akurat odebrał telefon. Zaproponował, że zamiast plastyka przyjedzie on z chłopakami i zrobią na ścianach domu graffiti. Chłopaki się wyżyją, a dom będzie wyglądał oryginalnie. Tak się zaczęło.
Kiedy robili graffiti, w DPS-ie nie było jeszcze pensjonariuszy. Dom był szykowany na ich przyjazd. - Polubiliśmy się z dyrekcją. Mnie i Mariuszowi zaproponowano etaty. Zgodziliśmy się, bo to było nowe wyzwanie.
Adam i trzech Robertów mieli właśnie przenieść się do DPS-u w Rzadkowie z innego, w miasteczku X.

Uśpić i po kłopocie

Adam Kwiatkowski o Wojtku, Mariuszu i Lo:
- Lubię ich. Takich kumpli nie znajdziemy jak Wojtek, Lo i Nalepa. Jest mi bardzo miło, że się z nimi dobrze pracuje.
- A pamiętasz poprzedni dom w X? Jak tam było?
- Nie było dobrze. Bili. Kijem bili. Nie słuchali. Krótko trzymali, za teren nie mogło się wyjść. Nie byli do gadania. Nie mówili. Nie lubili nas.
Wojtek o pensjonariuszach domu:
- Chłopaki mieli przyjechać z X. Pojechaliśmy tam się z nimi poznać. Dom sprawiał wrażenie pustego. Wszystkich stłoczono w jednej świetlicy. Siedzieli na ziemi i kiwali się, jeden walił głową w ścianę. Przyjechaliśmy za parę dni - znowu siedzieli w tej samej sali. Sami, bez żadnego sprzętu, bez niczego, czym mogliby się zająć. Tak było wygodniej. Za trzecim i czwartym razem to samo. Rozryczałem się.
Kiedy zamieszkali u nas, jeszcze się u niektórych przez rok trzymało to walenie głową w ścianę. Każdy przyjechał z przepisaną końską dawką środków psychotropowych. Taka była tam terapia - uśpić i po kłopocie.
Odstawiliśmy psychotropy. Teraz chłopaki, jeżeli się kiwają, to do muzyki. Chodzą swobodnie po całym domu. Brama jest otwarta. Mogą wyjść, poszaleć na dworze, pójść do wioski. Nie są przecież ubezwłasnowolnieni.
W domu na sześćdziesięciu pensjonariuszy jest trzech terapeutów: Wojtek, Mariusz i pani od zajęć plastycznych. Dwudziestu opiekunów wdraża podopiecznych w codzienne zadania. Gotowanie i zmywanie naczyń, uprawa warzyw w ogrodzie, jeżdżenie z kierowcą po zakupy, sprzątanie, nauka szycia. To daje im cenne poczucie, że są samodzielni i potrzebni. Nawet Adamowi zdarza się, że powie: "Nie będę na próbie, bo mam dyżur w kuchni".
Czasem przyjeżdżają do Rzadkowa dyrektorzy i instruktorzy z innych domów pomocy. Jeden z nich powiedział raz: - Ee, wy to macie słabo upośledzonych. Tam w X to dopiero są upośledzeni.
- A to ci sami - odparł Wojtek.

Nie mamy metod

- Na co oni są chorzy?
- Upośledzenie to nie jest choroba - mówi Wojtek. - Adam ma niedowład prawej części ciała. U Bartola stwierdzono kiedyś, że nie mówi, a to - jak widzisz - bzdura, o Małym powiedziano, że nie ma z nim kontaktu. A z nim kontakt jest najlepszy, tylko niewerbalny. Ale są gesty, mimika.
Wojtek twierdzi, że w ich DPS-ie najlepiej sprawdzają się ludzie, którzy nie mają przygotowania specjalistycznego. - Niektórzy absolwenci pedagogiki specjalnej przyjeżdżali do nas z wyuczonymi metodami. Na przykład: metoda rysunkowa. Pacjent ma wyrazić swoje emocje, rysując dom. A tu nic z tego. Bartol zrobił kreskę i rzucił kredkę na ziemię. Po paru dniach pedagodzy mówili "Z nimi nic się nie da zrobić, nie udało nam się zastosować żadnej metody. Nic tu po nas". Najlepiej sprawdzają się ludzie, którzy uciekli do nas przed wojem. Nie znają metod. Obserwują chłopaków i starają się podchwycić to, co ich interesuje.

Świat spoza góry

Siedem lat temu w stołówce Wojtek zauważył, że Mały przy obiedzie wybija łyżeczkami rytm o talerze. Potem usłyszał, jak Bartol, który w ogóle nie mówił, nuci pod nosem melodię z telewizyjnego serialu.
- Brałem ich do siebie, brzdąkałem na gitarze, podrzucałem im jakiś prosty tekst i chwyciło. Bartol zaczął nucić ze mną, Mały wybijał rytm.
Pierwszy koncert odbył się w 1994 roku, na Gwiazdkę. Widzami byli inni mieszkańcy domu i kilku sponsorów, którzy przyjechali na opłatek.
Mały grał pałkami na kartonowych pudłach, Wojtek na akustycznej gitarze, Bartol śpiewał prosty tekst "Heya hey, gdzie spieszysz się?". Robert Królski przygrywał na tamburynie.
- Było zdziwienie, że można z nimi zagrać całe utwory. Ludzie są przyzwyczajeni, że niepełnosprawni bębnią bez ładu i składu. A tu nagle całe utwory: zwrotka, solówka. Dołączył do nas Adam Kwiatkowski, potem wkręcił się Mariusz Nalepa, potem Lo. Znajomy z Piły miał magnetofon kilkuścieżkowy. Pożyczyliśmy perkusję i nagraliś-my kasetę pod tytułem "Kolorowomowa".
Zaczęliśmy występować z koncertami na imprezkach dla niepełnospraw-nych, obok innych niepełnosprawnych artystów, dla niepełnosprawnej widowni. Chłopaków bardzo to kręciło. W trasie po drodze wchodziło się do knajp, coś się działo. Poznali wreszcie świat spoza góry.
Tylko że Wojtek nie lubi imprez dla niepełnosprawnych. Mówi, że są bardziej upośledzone niż ludzie, którzy w nich biorą udział:
- Teraz jest moda na robienie sztuki z niepełnosprawnymi. Dyrektor DPS-u zleca instruktorowi " Zróbcie no teatr". Na scenę wychodzą staruszki przebrane za baletnice i tańczą "Jezioro łabędzie". A zza kulis instruktor syczy: "Szybciej, do przodu! Gdzie idziesz! Stój!".

Trzeba mieć talent

Adam Kwiatkowski o publiczności i o graniu:
- Oni się cieszą, jest ciepło, miło jest. Jak widzę na scenie, że oni tańczą i się dobrze bawią... Jak śpiewam "małe czerwone" i oni śpiewają razem ze mną i klaszczą... Jestem z tego zadowolony. Jestem wzruszony. Jest OK.
- Jakie masz marzenia?
- Chcę zostać kiedyś gwiazdą. Lubię grać, śpiewać. W przyszłym roku chciałbym nagrać nową płytę. Chcę grać już do końca.
- A co jest według ciebie najważniejsze w życiu?
- Ćwiczyć, wziąć się ostro, zbierać siły, być dobrą gwiazdą. I talent, trzeba mieć talent.
- A ty masz talent?
- No, mam. A jak pani się wydaje?
- Kiedyś nie wiedziałeś, że masz talent.
- No, nie wiedziałem.
- I co robiłeś?
- Nic. Siedziałem.


Otwórz buzię, zaśpiewaj sobie tak

- Dlaczego mleko ucieka? - pytam Wojtka, autora tekstu.
- Jakie mleko?
- No "Małe czerwone mleko ucieka. Co to jest?".
- Małe czerwone prędko ucieka - poprawia mnie Wojtek. - Ale nie przejmuj się, ludzie różnie słyszą. I o to chodzi.
Kiedyś Wojtek próbował realizować się bardziej poetycko. Napisał dla Bartola taki tekst:

Miałem dziś w nocy sen
Śnił mi się dzień.
Był ciepły,
jasny jak sen.

- Bartol zaczął śpiewać po swojemu. Raz mu wyszedł "sen", innym razem w tym samym miejscu "dzień". Poprawianie go nie zdało się na nic. Dla niego te słowa niczym się nie różnią. Wycofałem się, bo po co się pakować w jakieś poetyckie zawirowania, jeśli on ma sobie kaleczyć mózg. Teraz Bartol śpiewa, co chce, ale nie wiem dokładnie co.
Czasem Wojtek proponuje jakiś tekst, a koledzy go poprawiają.
Na przykład:

Pootwieraj okna,
otwórz drzwi
Niech przelecą ptaki przez twój
pokój
Ciepłe słońce niech zaleje dom,

a oni zmienili na:

niech przelecą ptaki przez ulicę.

Albo:

Otwórz okno, zaśpiewaj sobie tak,

a oni wolą:

Otwórz buzię, zaśpiewaj sobie tak.

- Dla nich to było zbyt abstrakcyjne. Nie mogę pisać tekstów, które nie przystają do ich sposobu myślenia.
Albo tekst:

Nie ma mnie gdy ty jesteś

Adam przerobił na:

Nie ma mnie gdzie ty jesteś.

Logopeda wytłumaczył mi, że zbitka "gdy ty" jest za trudna. To niech mu będzie. Teraz mam taki priorytet przy pisaniu tekstów: żeby dla Adama i Bartola słowa były proste, a odbiorca miał możliwość pokombinowania. Najlepszy przykład - tytułowa "Re Generacja":

Kiedy idę do szkoły jestem czerwony.

Proste i wieloznaczne. Ale co to znaczy dla Adama? Nie mam pojęcia.
- Małe czerwone, co to jest? - pytam mieszkańców Domu. Jedni mówią, że to łazienka, inni, że to kolor. A Mały podlatuje do mnie z artykułem z tygodnika. Na nim zdjęcie pociągu w czerwone pasy i czerwony tytuł "Powódź zabrała wszystko".

Satysfakcja

- Mały jest cholernie zdolny - opowiada dalej Wojtek Retz. - Myśleliśmy, że na płycie będzie ktoś nam musiał pomóc na perkusji. Umówiliśmy już zawodowego bębniarza, ale szybko go odwołaliśmy, bo okazało się, że Mały zagrał wszystko, co było do zagrania. Z utworu na utwór wyciągaliśmy z niego więcej. Warto go "pomęczyć". W ostatnich utworach grał dużo lepiej niż w pierwszych. Musimy mu kupić lepszą perkusję.
Najpierw baliśmy się ich pouczać, wymagać, żeby się nie zamknęli, nie zniechęcili. Teraz już widzę, że warto ich podusić. Oni już rozumieją, co to znaczy satysfakcja. Bartol ma gorszą dykcję od Adama, ale lepszą pamięć. Adam śpiewa prostsze teksty, Bartol potrafi zapamiętać więcej linijek. Adam to urodzony showman, Bartol jest nie- śmiały, statyczny. Za to idealnie czysto potrafi wchodzić w dźwięk.
- Kiedyś mieliśmy grać w jakiejś szkole - opowiada Wojtek. - Bartol wyjrzał zza kulis, rozejrzał się po widowni i oświadczył: "Nie wyjdę, za dużo ludzi". To było pierwsze pełne zdanie, jakie wypowiedział w życiu. I pierwszy raz zadecydował o sobie. Wyszliśmy bez niego. To był przełom. Odtąd wychodził i grał swoją rolę bezbłędnie. Zobaczył - moi kumple wyszli, dostali oklaski i ja też chcę. Rozsmakował się.
Czasem w Bartolu puszczają emocje. Raz stłukł szybę w kawiarni, kiedyś porozrzucał kasety. Ale nie wiadomo dlaczego.

Arka wydaje "Re Generację"

Czwórka niepełnosprawnych z zespołu Na Górze ma swoje rodziny, tylko że one z różnych względów nie mogą się nimi zająć. Kiedyś zespół pojechał w odwiedziny do matki jednego z nich.
- To było wzruszające, widać było, że drzemie w niej dużo emocji. Doszło nawet do wyznań w rodzaju: "Dziecko, wybacz mi". Namawialiśmy ją, żeby przyjechała kiedyś na koncert. Liczymy, że przyjedzie - mówi Wojtek.
Od roku kariera Na Górze nabiera przyspieszenia. Kolega Wojtka ze Szczecina Roman Zańko, właściciel Galerii pod Sukniami, człowiek ze znajomościami w świecie artystycznym, polecił zespół menedżerom znanych formacji. Na Górze zagrali jako support Kazika, Hey i Voo Voo.
Wreszcie wchodzą w normalne imprezy, grają dla normalnej publiczności, na tle zawodowych muzyków.
- I jak Adam i Robertowie przyjęli to, że mają grać przed takim Kazikiem? - pytam Mariusza.
- Oni normalnie. Im to wszystko jedno. Za to my mieliśmy niesamowitą tremę. Zainteresował się nimi Robert Friedrich, twórca Arki Noego. Po wysłuchaniu ich demo postanowił wyprodukować i wydać płytę "Rre Generacja".
Nagrywali ją w profesjonalnym studiu w Warszawie. Wkrótce zaczęły się wywiady w radiu i w telewizji, artykuły w prasie. Pod koniec listopada mieli konferencję prasową w Warszawie. Nakręcili dwa teledyski. Korzystają z usług agencji, która zajmuje się ich promocją. Stają się znani, zaczynają zarabiać.
Mama Wojtka Retza mówi, że to się raczej nie przyjmie, bo ludzie nie lubią niepełnosprawnych i nie chcą, żeby upośledzenie wchodziło im w życie.

Strach

Najbardziej na "Rre Generacji" podoba mi się ostatni numer. Idzie tak:

Nie ma mnie
Gdzie (gdy? czy?) ty jesteś
Czy to dobrze
Czy to źle
Czy to miłość
Czy to strach

Adam daje w tym kawałku prawdziwy popis wokalny. Bawi się dźwiękami, moduluje głos. W słowie "strach" pieści każdą głoskę. Wychodzi z tego: Straaaaaachchchchch. Robi wrażenie.
Ale kto wie, co Adam sobie przy tym myśli.
Drugi raz spotkałam się z zespołem Na Górze na konferencji prasowej w Warszawie, na 27. piętrze eleganckiego biurowca Reform Plaza.
Adam jako najlepiej mówiący udzielał wywiadów.
- Właśnie wracamy z telewizji. Bardzo fajnie, bardzo fajnie. Byłem zaskoczony. Ta pani - tu padło nazwisko znanej prezenterki telewizyjnej - bardzo miła. Piękne buty i w ogóle. Naprawdę, nie spodziewałem się - opowiadał z luzem bywalca okładek.
Potem zaczął się krótki koncert. Pierwszy raz widziałam Adama na scenie. Jego występ był jak pokaz fajerwerków. Sprawił, że dziennikarze z notatnikami na kolanach zaczęli atawistycznie podrygiwać.
A potem muzyka ucichła, wszyscy ruszyli w stronę tac z kanapkami, a Adamowi jeszcze błyszczały oczy, ale już jakoś smutno i już nie brylował.
- To takie niezwykłe. Ja jestem niezwykły. Aż mi się płakać chce... - szepnął mi.
- Boisz się czasem?
- Boję się, no... bardzo się boję.
- A czego się boisz, Adasiu?
- Że się skończy.

*   *   *

Wywiad z Wojciechem Retz z 2004 roku, który nigdy się nie ukazał…

Sztuka osób niepełnosprawnych

 

W Polsce jest obecnie chyba już moda na pokazywanie twórczości artystycznej osób niepełnosprawnych - malujących twórców niepełnosprawnych intelektualnie, malujących ustami bądź stopami, rzeźbiących, śpiewających niewidomych i osób niepełnosprawnych intelektualnie, czy poruszających się na wózku. Odnosi się wrażenie, że owe zainteresowanie nie wynika z oceny i podziwu nad ich pracami i dokonaniami, ale z samego faktu że robią to osoby niepełnosprawne. Tak jest poprawniej politycznie. Stąd choćby to, że rzadko można usłyszeć jakąkolwiek krytykę oceniającą ich twórczość. Powszechnie dominują pochwalne peany. Jakie są Pana refleksje na ten temat?

Nie lubię wypowiadać się w sprawach „powszechnych”, podsumowywać, wyciągać ogólne wnioski, dokonywać analiz… szczególnie ogólnopolskich. Chcę przede wszystkim mówić o tym, co dzieje się w naszym zespole i wokół niego. Grupa Na Górze w tym roku będzie miała dziesięć lat. Gdy prześledzi się owe lata, bardzo wyraźnie widać zasady „rynkowej sprzedaży” tego artystyczno – terapeutycznego projektu. Przez około siedem lat graliśmy głównie dla swego własnego zadowolenia. Nieraz wyjeżdżaliśmy na przeglądy twórczości osób niepełnosprawnych, ale nie lubiliśmy tego taplania się ciągle w tym samym sosie. Woleliśmy sami organizować małe, kameralne koncerty dla naszych przyjaciół i różnych przygodnych widzów – wszystko jedno czy sprawnych, czy niepełnosprawnych. Często w rozmowach z nimi okazywało się, że przychodzili na koncert z nastawieniem konieczności brania poprawki na to, iż grać będą osoby niepełnosprawne, a wychodzili z naszego koncertu zadowoleni, że takiej poprawki nie musieli stosować. I te słowa dawały nam poczucie prawdziwości tego, co robimy. Wystarczała nam ogromna satysfakcja. A przy okazji, grając przez tyle lat, powoli rozwijaliśmy się. Od kilku lat jesteśmy zauważani na polskiej scenie artystycznej. Satysfakcję mamy ciągle (czego dowodzi tytuł naszej ostatniej płyty), a oprócz tego gramy po prostu lepiej niż kiedyś. I to, że dopiero teraz pojawiło się zainteresowanie nami, wskazuje na to, że rynek artystyczny ma normalne zasady. Zresztą wcale nie jest nam tak bardzo łatwo. Rozgłośnie radiowe w zasadzie nie puszczają naszych utworów – tam rządzą twarde prawa producenckie. Od czasu do czasu można nas zobaczyć w telewizji, przede wszystkim dlatego, że mieliśmy szczęście do profesjonalnych realizatorów teledysków i reportaży, którzy po prostu chcieli je z nami zrobić. W pewnym momencie wzięła nas pod skrzydła pewna agencja menadżerska, licząc na ogromne zainteresowanie mediów naszym zespołem ze względu na jego „specyficzność”. Pojawiły się obietnice sławy, załatwiania nam dwóch koncertów w tygodniu przez cały rok, konieczności częstego bywania w Warszawie (bo, jak usłyszeliśmy, tu podobno jest centrum wszystkiego…). Nic z tego nie wyszło.

Gdy to sobie wszystko spokojnie przemyśleliśmy na naszej prowincji, to doszliśmy do wniosku, że wolimy być traktowani na normalnych zasadach rynkowych (normalnie właśnie!), niż stać się artystyczno-terapeutyczną ciekawostką. A nasze centrum jest tu, gdzie jesteśmy.

Jeśli pojawiają się w mediach próby promowania niepełnosprawnych artystów, to jest to niezwykle wartościowe. Ale jeśli jest to sztucznie wykreowane zainteresowanie jakimś wykonawcą tylko ze względu na jego niepełnosprawność, to ma to krótkie nogi. Takie podejście jest bardziej niepełnosprawne od tego wykonawcy. Przecież nie słuchamy Stevie Wondera dlatego, że jest ociemniały…

Co jest najistotniejsze w ocenie pracy artystycznej osoby niepełnosprawnej i jakie jest najważniejsze kryterium tej oceny? Bo z jednej strony same osoby niepełnosprawne domagają się aby nie oceniano ich dzieł i dokonań przez pryzmat ich niepełnosprawności (czyli bez taryfy ulgowej za niepełnosprawność). Z drugiej strony, bez tej informacji, niestety, widz często w ogóle nie zwróciliby uwagi na nie i nie przyszedł zobaczyć występu? Powinno się więc, czy nie powinno informować, że dzieło/występ jest autorstwa osób niepełnosprawnych?  Jaki Pan widzi tę sprawę?

To powinno wydarzać się naturalnie, bez przesady w jedną i w drugą stronę. My zaczęliśmy od buntu przeciwko litowaniu się nad niepełnosprawnymi wykonawcami, przeciwko biciu im braw tylko dlatego, że wyszli na scenę, choć kiepsko zaśpiewali. Chcieliśmy być tak profesjonalni, by nie trzeba było traktować naszych piosenek jako utworów „specjalnej troski”.

Jednak w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że zaczynamy być w takim podejściu przesadni.

Nasz zespół ma taki, a nie inny charakter właśnie dzięki obecności w nim osób sprawnych i niepełnosprawnych. I już.

W Polsce istnieje ok. 3 tys. WTZ, w których tysiące osób niepełnosprawnych maluje, rzeźbi, lepi, z których także wielu śpiewa, tańczy i występuje w spektaklach teatralnych. Każda placówka i organizacja stara się pokazać ich dokonania na wystawach, festynach, imprezach i deskach scenicznych reklamując je najczęściej jako „sztuka osób niepełnosprawnych”, a ich nazywając artystami. Czy nie jest to Pana zdaniem nadużycie?

Moim zdaniem artystą jest dziecko, które stworzyło swój pierwszy rysunek, jest nim uczestnik WTZ, bo zrobił własną świąteczną kartkę i jest nim aktor co tydzień pokazywany w telewizji. Niektóre rzeczy mogą mi się wydawać, ale jestem pewien tego, że człowiek nie staje się artystą dopiero w momencie ukończenia szkoły artystycznej lub przyjęcia do jakiegoś związku artystów. Nikt też nie ma prawa orzec, że ten obrazek jest dziełem artystycznym, a tamten nie. Ale oczywiście jednym się udaje zaistnieć dalej niż na wystawie DPS-ów w Miejskim Domu Kultury, a innym nie. Przecież wszyscy wiemy, że nieraz docenienie artysty jest efektem ogromnej, konsekwentnej pracy twórczej, a w innym przypadku kwestią szczęścia, pieniędzy, bycia zauważonym przez producenta, czy po prostu zaakceptowania przez mało wymagającą publiczność. Myślę, że cała przyjemność zabawy w sztukę (bo najlepiej, moim zdaniem, gdy od tego się wszystko zaczyna - od radości z wykonywania pracy artystycznej, a nie od ambicji zostania artystą) polega na tym, że nigdy nie wiadomo do czego tak naprawdę człowiek może dojść, co w nim siedzi ukryte i co z tym potrafi zrobić – jeden mały obrazek dla przyjaciela czy dużą wystawę w galerii. Fascynujące jest to, że każdy może szukać w sobie różnych zdolności, odkrywać je bez względu na przygotowanie, wykształcenie, czy sprawność (nikt w naszym zespole nie posługuje się nutami, nikt nie ukończył jakiejkolwiek szkoły artystycznej, a zdolności też mamy różne – ja sam chętnie się przyznaję, że nienajlepiej gram na gitarze, a nie przeszkadza mi to tworzyć i grać w zespole). Świetnie, jeśli będziemy umieli koncentrować się na tej bezpretensjonalnej radości tworzenia i wykonywania stworzonych utworów – myślę, że wówczas powstają najbardziej prawdziwe, ciekawe dzieła, a także rodzi się rzeczywisty, bezpretensjonalny kontakt z ich odbiorcami (uczestnicy naszych koncertów zwracali często uwagę na naszą spontaniczność, której notabene brakowało na naszych przemyślanych, tworzonych w sterylnym studiu płytach). To jest ważniejsze niż rozstrzyganie kto ma prawo uważać się za artystę.

Krótka historia powstania zespołu, osiągnięcia oraz marzenia i wyzwania?

Pierwszy koncert odbył się 23 grudnia 1994 roku w naszym Domu w Rzadkowie po… miesiącu (?), może dwóch miesiącach prób. To jest najkrótsza historia powstania Na Górze.

Osiągnięciem jest to, że przetrwaliśmy tyle lat.

A marzenia i wyzwania...? Hmm…